Powiedzieliśmy TAK.

Vanlife był naszym marzeniem. W zasadzie to był dwoma osobnymi marzeniami, które narodziły się niezależnie, w głowie każdego z nas, na długo zanim się poznaliśmy. Czy wierzyliśmy, że kiedyś się spełnią? Myślę, że był taki moment, w którym oboje pogrzebaliśmy je w otchłani życiowych fantazji, które tymi fantazjami muszą już pozostać. Na tyle głęboko, że musieliśmy przepedałować razem tysiące kilometrów i przegadać setki godzin z tyłkiem w siodle, żeby się do tych fantazji w ogóle przyznać.

Sporą część tych kilometrów wykręciliśmy w Tokaju. Krainie pełnej wina, winnic i malowniczych tras rowerowych na pograniczu Słowacji i Węgier. Wybraliśmy się tam na pierwszą wspólną majówkę, z parą naszych przyjaciół, którzy na dobrych winach znają się jak mało kto. To właśnie dzięki nim znaleźliśmy się tej wiosny na kilku naprawdę wyjątkowych degustacjach u zawodowych winiarzy. Jedna z nich zapadła nam w pamięć szczególnie mocno.

Maj 2018. Tokajskie winnice.

Do Veľkej Tŕňi przyjechaliśmy pierwszego dnia naszej wycieczki. Degustacja w winnicy Mariána Takáča była pierwszą, na jaką byliśmy umówieni. Po kilku godzinach na dwóch kołach, w trzydziestopniowym upale doczołgaliśmy się na wzgórze. Tokajskie piwnice, bo tak nazywało się to miejsce wyglądały jak tolkienowski Hobbitton. Jednak za niskimi, drewnianymi drzwiami porośniętych trawą norek, nie znajdowały się domki baśniowych stworzeń, a właśnie winnice. Gdy tylko przeszliśmy przez próg jednej z nich, momentalnie zrobiło się trzykrotnie zimniej. Strome kamienne schodki prowadziły niemal pionowo w dół. Marian, świecąc latarką, prowadził nas krętym korytarzem przez zupełną ciemność. Wreszcie za kolejnym zakrętem dotarliśmy do głównej komnaty. Nasz gospodarz zapalił świece. W ich ciepłym świetle zobaczyliśmy masywny stół, nakryty lokalnymi przekąskami. Pod ścianami jedna przy drugiej stały drewniane beczki. U szczytu stołu, za kilkoma szeregami butelek stanął Marián. I zaczął opowiadać swoją historię.

Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej spotkałam człowieka, który miałby w sobie tyle pasji i wiary we własne marzenia. Przekucie winiarstwa w dochodowy biznes nie udaje się każdemu. Wymaga ogromu cierpliwości, godzin pracy i przede wszystkim – miłości do tego, co się robi. Mariánowi się udało. Chociaż przez kilkanaście lat łączył hobby z czysto zarobkową pracą na etacie, dziś jest uznanym w świecie wina twórcą. O swoich winach mówi z niewiarygodną fascynacją. Zaraża pozytywną energią. Daje nadzieję, że niemożliwe jest jednak możliwe.

Podczas degustacji Marián pokazywał nam kolejno swoje ulubione butelki i opowiadał ich historię. Był trochę jak rodzic, mówiący o swoich dzieciach. Paradoksalnie te dwa wątki niekiedy się łączyły.

Naszą uwagę szczególnie przykuło wino o nazwie „Tak”. Nietuzinkowe, słodkie, aromatyczne. Na etykiecie była mała dziecięca rączka.
– Nie wiedziałem jak je nazwać. – wspomniał Marián. – Vivien, moja 3-letnia wówczas córeczka machnęła rączką i powiedziała „TAK! Bo ja się Takáč nazywam.”
Mała Vivien miała rację. „Tak” smakowało jak triumf. Jak zdobyty szczyt. Jak życie tu i teraz. Moim życiem. Po mojemu. Rozbawieni i wzruszeni tą historią kupiliśmy butelkę, by zabrać ją do Polski. Otworzymy ją na jakąś szczególną okazję – tak wtedy postanowiliśmy. Nie mieliśmy jeszcze pojęcia czym będzie ta okazja. Wierzyliśmy, że gdy nadejdzie, będziemy o tym wiedzieli.

Gdy 17 czerwca 2018 przyjechaliśmy Wawrzyńcem z Warszawy zaparkowaliśmy go pod blokiem. Mieszkaliśmy wówczas na poznańskim Grunwaldzie, nieopodal był maleńki las. Jak się zmyślnie stanęło drzwiami do tego lasu, to człowiek wychodząc z busa nawet nie czuł, że stoi na osiedlu. Pierwszej nocy, zafascynowani naszym nabytkiem ubraliśmy ciepłe dresy i poszliśmy spać do kampera. Zabraliśmy tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, parę świec, psa Dudu i butelkę wina.

Busik na osiedlu. Po drugiej stronie tej uliczki stoi blok na bloku.

Kilka lat zanim poznałam Miłosza, w mojej głowie narodziło się marzenie o życiu w drodze. Pamiętam jak w jeden weekend przeczytałam od deski do deski absolutnie całego bloga Busem Przez Świat. Potem z tęsknotą przeglądałam jeszcze wiele innych vanlife’owych blogów. Potrafiłam godzinami scrollować instagrama i obiecywać sobie, że coś wymyślę i że ja też „kiedyś będę”. Za którymś razem trafiłam na bloga o przejmującej nazwie „Saying YES to life.” Urocza para, stary czerwony bus, zdjęcia przepełnione miłością do życia. Broń boże nie twierdzę, że obrazki z instagrama w jakkolwiek obrazują prawdziwą codzienność. Ale w tamtej chwili, tamta nazwa, to mówienie TAK własnemu życiu – podczas gdy ja sama codziennie mówiłam mojemu „Nie dziś” – poruszyło mnie niemal do łez.

Żadne z nas nie miało wątpliwości, że to jest Ta Okazja. W chłodny czerwcowy wieczór, w dresie, gdzieś pomiędzy stadionem miejskim, kawałkiem osiedlowej zieleni i nowoczesnym budownictwem mieszkaniowym, najszczęśliwsi na świecie otworzyliśmy butelkę od Mariána Takáča.

Powiedzieliśmy życiu TAK.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s