Pierwsza mikrowyprawa – festiwal przyjaźni.

Jak już wspominaliśmy, nasze pierwsze lato z busem nie zapowiadało wielkich wypraw. Ograniczone możliwości urlopowe zmusiły nas do priorytetyzacji kierunków i planów. Ranking wygrała Brazylia, która pochłonęła ponad 3 tygodnie wolnego od pracy za biurkiem.

Żadne z nas nie było wtedy jeszcze freelancerem. Nie mieliśmy też perspektyw na pracę zdalną, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Co nie oznacza, że nie próbowaliśmy jej znaleźć.

Pierwszy weekend lipca 2018. Jedziemy na Boski Fest. Gdybym miała w dwóch słowach streścić Wam, czym jest ta impreza, powiedziałabym, że to Festiwal Przyjaźni. Przyjaźni międzyludzkiej, międzypokoleniowej i międzygatunkowej. Można przyjechać z dzieckiem, można z psem, z kotem zapewne też, chociaż wtedy jeszcze ten problem nas nie dotyczył. Można pod namiot, do drewnianego domku albo kamperem. Boski Fest to kilka dni w rodzinnej atmosferze, gdzie zapomina się, że obcy ludzie są faktycznie obcy. Mimo tego, jak bardzo są różni i z jak różnych przyczyn tam przybywają. Bo jedni bardziej dla muzyki, drudzy na warsztaty z szeroko pojętej sztuki. Jeszcze inni na panele dyskusyjne, jogę, zabawy rękodziełem, pływanie kajakiem lub po prostu – pobyć razem.

Chcieliśmy pobyć i my. Te ostatnie dni lata przed wylotem Miłosza miały być wyjątkowe. Dać nam siłę na najbliższe tygodnie. My dwoje, pies Dudu i nasz mobilny domek.

Kilka dni przed wyjazdem dzwoni mój telefon. Głos w słuchawce informuje, że kontaktuje się w sprawie pracy, o którą się ubiegam. Pracy w 100% zdalnej. Oczy śmieją mi się na samą myśl, że to mogłoby się udać. Umawiam się na rozmowę. Dokładnie w drodze na Boski, zatrzymujemy się na stacji benzynowej, bym mogła swobodnie ją odbyć. Stresuję się, jakby od tego zależało całe moje życie. Po wszystkim mówię, że poszło chyba nieźle. Jak zwykle mam problem z oceną własnych wyników. Pozostaje czekać.

Na Boski docieramy w piątkowy wieczór. Parkujemy obok innego kampera, na oko w podobnym wieku co nasz. Na powitanie od razu wychodzą nam sąsiedzi. Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, jak vanlife łączy ludzi. Sąsiedzi są z Krakowa. Ponieważ nie mamy jeszcze działającej instalacji gazowej, proponują nam gorącą kawę. Odwdzięczamy się, tym co mamy najlepsze:

„Na szczęście” podczas brazylijskiej wyprawy, podarowałam mojemu ukochanemu taki oto trunek. 🙂

Z Poznania pod Bydgoszcz, gdzie odbywa się festiwal jest około 140 kilometrów. Pierwszy raz jedziemy z Dudu kamperem. Świadomi jego choroby lokomocyjnej bacznie obserwujemy każdy grymas mordki. Na miejsce docieramy bez przykrych doświadczeń. Choć psiak z początku obawia się tego, jak w busie wszystko skrzypi i trzeszczy, powoli się przyzwyczaja. U celu radośnie wyskakuje z busa, zataczając honorową rundkę po polu namiotowym. Siedzący wokół namiotów ludzie głaszczą go i ochoczo częstują całą gamą pyszności. Pies Dudu jest zdecydowanie w swoim żywiole.

Kolejne grupki starych znajomych odwiedzają nasz obóz. Przychodzą zobaczyć busa, gratulują, pytają o dalsze plany. Nie wiemy, co odpowiadać. Poza samym busem nie mamy wówczas jeszcze nic. Pomysłu na życie w podróży, obranego kierunku, a przede wszystkim możliwości, by będąc w trasie cały czas zarabiać na swoje utrzymanie. Odpowiadamy więc pokrętnie. Że czekamy na znak. Że może kiedyś. Że marzy nam się, ale…

Staramy się jednak nie zamartwiać. Łapczywie chłoniemy te pierwsze dni w naszym mobilnym domku. Pierwsze śniadanie „przed domem”, pierwsza impreza „na ganku”, pierwsza noc „nie pod blokiem”. Jest jakaś niesamowita magia w robieniu rzeczy po raz pierwszy. Szczególnie, gdy się o nich śniło przez całkiem spory kawałek życia.

Zwykła kanapeczka jedzona z busem tle, od razu smakuje inaczej.

Nim zacznie się nowy tydzień wracamy do Poznania. Naładowani pozytywną energią. Niemożebnie szczęśliwi. Ten entuzjazm starczy nam jeszcze na jakiś czas, jednak prędzej czy później zacznie się kurczyć. Kilka dni po wylocie Miłosza otwieram maila z wynikiem rekrutacji. Nie dostaję pracy zdalnej. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej niż tamtego dnia z większą frustracją „odbijałam się” kartą przy wejściu na korporacyjny open-space. Wieczorami, w ramach rutynowego marnowania czasu przeglądam van-life’owe blogi. Z instagrama spoglądają na mnie współcześni hipisi na tle pastelowych T-trójek. W dłoniach trzymają gitary, miseczki z wegańską kaszą bulgur albo tykwy z yerba mate. Łykam ten instagramowy banał całą sobą i czuję się tylko gorzej. Na żadnym zdjęciu nie odnajduję jeszcze nas. Choć pod naszym blokiem stoi bus, my nadal nie jesteśmy wolni.

Follow my blog with Bloglovin

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s