W czarnym morzu gwiazd.

Strasznie w nim to cenię. Kiedy już sobie coś postanowi, to choćby skały tirurały, tak ma być. Tak było i tym razem, gdy zachłyśnięci możliwością gnania dalej na wschód, zapragnęliśmy morza.

Morze Czarne to chyba moje ulubione morze na świecie. To na jego brzegu po raz pierwszy stanęliśmy we dwoje. Była zima, tuż po świętach. Z głowami opatulonymymi w wełniane uszanki staliśmy w porcie, popijąc grzane wino z tekturowego kubka. Za szybko i zbyt dużymi haustami, chcąc zdążyć, nim ono zdąży wystygnąć.

Trochę ponad pół roku później byliśmy tam już w piątkę. Ukraina, wraz ze swoją Odeską Riwierą była pierwszym obcym krajem, jaki odwiedziły nasze koty.

Nasze serca rwały się więc, by tam wrócić, a marynarskie serce Miłosza chyba ze zdwojoną siłą. Czasem mam wrażenie, że bliskość morza marynarza uskrzydla. Nie musi nawet siedzieć w wodzie. Już samo nadmorskie powietrze sprawia, że jakoś tak pełniej oddycha.

Do morza z Montany mieliśmy ponad 500km. Wawrzyńcem to ponad 10h samej jazdy. To nie jest auto na takie trasy. Jest gorąco, głośno, nieprzyjemnie. Nawet pasażer po 2-3 godzinach ma już dość.

Mieliśmy już tak nie robić. Nie gnać, nie zarywać nocy, nie szukać miejscówek po ciemku.
Gdy dotarliśmy na nasz klif, było już po północy. Te gwiazdy nad naszymi głowami były wszystkim, co widzieliśmy dookoła. Szum fal było jedynie słychać.

Rano śpiesznie przechyliłam głowę, by spojrzeć w sypialniane okno.

Szturchnęłam Miłosza.
– Widziałeś? 🧡

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s