Wawrzyńcem ze Zwierzyńcem.

Wawrzyńcem ze Zwierzyńcem! 🧡
– krzyknęłam triumfalnie, gdy dumaliśmy pewnego wieczora nad formą i treścią tej serii. Trochę to tak, jakby Wawrzyńcowi już od samego początku, od chwili nadania imienia, pisany był ten piesko-koci los.

Może one też to czują? Może to właśnie dlatego zmęczone po całym dniu zdjęciowym, mając do dyspozycji wielki, porośnięty łąką klif, gnieżdżą się wszystkie na ciasnym tapczanie pod Wawrzyńcowym dachem? Wielu ludzi nie rozumie, jak można samochód nazywać domem. One jakoś nie widzą w tym problemu.

Ten film bardzo wiele dla nas znaczy. Jeśli to prawda, że emocje niweczą profesjonalizm, to tym razem może być bardzo nieprofesjonalnie.
Zresztą.. zobaczcie sami.

W przydomowym ogrodzie.

Jest jakaś magia w tym „zamieszkiwaniu” gdzieś po ciemku. Człowiek zamyka oczy, nie wiedząc do końca gdzie jest. O świcie każdy element rzeczywistości wydaje się być zaskoczeniem.

Wychodząc rano do naszego nowego „ogrodu” nie wiedziałam, co zobaczę.
Gdy wreszcie to zobaczyłam, nie powiedziałam „O jejku” ani „Jak tu pięknie!”. Nie wezwałam żadnego świętego bytu. Nie użyłam nawet brzydkiego słowa, które w całej swojej uniwersalności mogłoby przecież wyrazić zachwyt.

Milczałam.
Życzę każdemu, by od takich przemilczeń zaczynał się jego dzień. 🧡

W czarnym morzu gwiazd.

Strasznie w nim to cenię. Kiedy już sobie coś postanowi, to choćby skały tirurały, tak ma być. Tak było i tym razem, gdy zachłyśnięci możliwością gnania dalej na wschód, zapragnęliśmy morza.

Morze Czarne to chyba moje ulubione morze na świecie. To na jego brzegu po raz pierwszy stanęliśmy we dwoje. Była zima, tuż po świętach. Z głowami opatulonymymi w wełniane uszanki staliśmy w porcie, popijąc grzane wino z tekturowego kubka. Za szybko i zbyt dużymi haustami, chcąc zdążyć, nim ono zdąży wystygnąć.

Trochę ponad pół roku później byliśmy tam już w piątkę. Ukraina, wraz ze swoją Odeską Riwierą była pierwszym obcym krajem, jaki odwiedziły nasze koty.

Nasze serca rwały się więc, by tam wrócić, a marynarskie serce Miłosza chyba ze zdwojoną siłą. Czasem mam wrażenie, że bliskość morza marynarza uskrzydla. Nie musi nawet siedzieć w wodzie. Już samo nadmorskie powietrze sprawia, że jakoś tak pełniej oddycha.

Do morza z Montany mieliśmy ponad 500km. Wawrzyńcem to ponad 10h samej jazdy. To nie jest auto na takie trasy. Jest gorąco, głośno, nieprzyjemnie. Nawet pasażer po 2-3 godzinach ma już dość.

Mieliśmy już tak nie robić. Nie gnać, nie zarywać nocy, nie szukać miejscówek po ciemku.
Gdy dotarliśmy na nasz klif, było już po północy. Te gwiazdy nad naszymi głowami były wszystkim, co widzieliśmy dookoła. Szum fal było jedynie słychać.

Rano śpiesznie przechyliłam głowę, by spojrzeć w sypialniane okno.

Szturchnęłam Miłosza.
– Widziałeś? 🧡

Suczka Serbuszka.

Nazwaliśmy ją Serbuszka. 🖤
Od Serbii, w której ją spotkaliśmy i od serduszka, które od samego początku podarowała nam w całości. Przez kilka dni przychodziła do nas coś przekąsić i trochę się połasić. Ostatniego już nie odstąpiła nas na krok. Całą noc przespała pod drzwiami kampera, jakby czuła, że nad ranem planujemy odjechać.

Nie powinno się nadawać imion tym, których nie chcemy oswoić. Których wiemy, że nie zdołamy zabrać ze sobą. Do tego, co ma imię, człowiek się łatwiej przywiązuje. A potem to bardziej boli.

Ale miałam już dość mówienia „o ten czarny piesek z kulawą nóżką zrobił to czy tamto.” „Serbuszka” wypowiedziałam bez chwili namysłu. Potem już jakoś tak zostało. W pewnym sensie ona została ze mną do dziś.

Wschodnia Europa to mój mentalny dom. Pokochałam ją, gdy pewnego razu Miłosz zabrał mnie zimą do Mołdawii. Po drodze zwiedzaliśmy jeszcze kawałek Ukrainy, na noc Sylwestrową wylądowaliśmy w Kiszyniowie. Może to pełne ciepła twarze tamtych ludzi, może ich melodyjna mowa, może jakiś sentyment do krajobrazu miast, które dziś przypominają mi Polskę z lat mojego dzieciństwa. A może to po prostu miłość ślepa, niewytłumaczalna w żaden sensowny sposób. Jakaś mistyczna siła, która sprawia że mając do wyboru weekend w bajkowym Paryżu lub brutalistycznym Kiszyniowie, zawsze wybiorę to drugie.

Jedną tylko rzeczą ta wschodniackość za każdym razem łamie mi serce i tej jednej jakoś nie umiem jej zapomnieć. Są to wałęsające się ulicami psy, wychudłe, porzucone koty. Istoty o lepkich, przerzedzonych futrach, zapadniętych pyskach, lecz o dziwo czasem jeszcze oczach, w których tli się płomyk nadziei.

Czasem te oczy mówią „podziel się tą bułką”.Czasem pytają „czy zabierzesz mnie do domu?”. Za każdym razem, gdy na to drugie pytanie muszę odpowiedzieć „nie” czuję, jakbym robiła coś złego. To poczucie niemocy jest miażdżące i czasem wytrąca z równowagi na długie godziny. Czasem, jak Serbuszka, nawet dni. Jednak za każdym razem uczy też pokory. Że jestem tylko małym pyłkiem na tym świecie i całego go nie naprawię. Że najważniejsze, by każdy robił coś dobrego, nawet jeśli to jest bardzo małe. Te małe rzeczy się potem zbierają w coś wielkiego. Że nie mam prawa oceniać tamtych ludzi, bo nie znam ich historii. Nie wiem czego im brakuje. Może niektórzy sami chcieliby więcej „tej bułki”?
A przede wszystkim, że ocenianiem nikogo nie ocalę. Mogę tylko robić swoje, kochać moje uratowane zwierzaki i myśleć, jak pomóc innym.
Mogę mówić głośno o tym, że są tacy jak Serbuszka. I mieć nadzieję, że ktoś ich kiedyś ze sobą zabierze. 🧡

Wewnętrzne dziecko.

W jednym z naszych pierwszych filmów pt. „Dlaczego vanlife?” sporo mówię o odnajdywaniu w sobie wewnętrznego dziecka. To trudny temat. Wielu ludzi się tego wstydzi. Ja też się kiedyś wstydziłam.

Do pewnego momentu w naszym życiu słyszymy, że jesteśmy jeszcze za młodzi. Za młodzi, by mieć własne zdanie, by zabrać głos, by wiedzieć co jest dla nas dobre. Za młody często równa się za głupi, za mało rozgarnięty, wręcz sam dla siebie trochę niebezpieczny.

W tym samym życiu, w tym samym czasie słyszymy, że sielanka już się skończyła. Że teraz trzeba się wziąć w garść, dorosnąć i pokazać światu na co nas stać. Spłacić te kilka czy kilkanaście lat beztroski, które zostało nam dane na kredyt.

Jako młodej dziewczynie wpojono mi obraz dorosłej kobiety, którą za nic w świecie nie chciałam się stać. Obraz wiecznie zmęczonej matki-polki, która prawie nigdy się nie uśmiecha i najchętniej opowiada o tym, jak wiele poświęciła, by zasłużyć na czyjś podziw. Której ostatecznie nikt nie powidziwia, bo część ludzi uważa, że tak po prostu trzeba, a część, że sama jest sobie winna.

Wielokrotnie słyszałam, że błądzę z głową chmurach. Że mam dorosnąć, bo TAKIE JEST ŻYCIE i inne już nie będzie. Że teraz jeszcze coś mi się marzy, coś mi się wydaje, że mogę, ale ostatecznie ktoś mnie sprowadzi na ziemię i im później to zrobi, tym bardziej będzie bolało. W wieku 15 lat ten paniczny lęk przed dorastaniem przypłaciłam poważną chorobą. Przez długie lata zaburzeń, które powoli niszczyły mnie od środka nadal słyszałam, że mam przestać wymyślać. Docenić to co mam, bo inni mają gorzej. Nie gadać już do zwierząt, jakby miały rozum. Raz na zawsze wziąć się w garść.

Brałam się w garść przez kolejne kilkanaście lat. Gdy poznałam Miłosza miałam 26. I czułam się strasznie staro. A on uparcie twierdził, że mentalnie ma 8 i czuł się z tym wspaniale. Jednocześnie będąc najbardziej odpowiedzialnym człowiekiem, jakiego znam i jedynym, na którego do dziś wiem, że mogę liczyć zawsze i wszędzie.

Idąc razem przez życie nauczyliśmy się odkrywać je od nowa. Patrzeć na dobrze znane nam rzeczy, jakbyśmy je widzieli po raz pierwszy. Nieważne, czy akurat rzeczywiście szliśmy, jechaliśmy na rowerze czy kamperem, świat stawał się dla nas nieskończoną niespodzianką. Nie musieliśmy odhaczyć najważniejszych miejsc, nim skończy nam się urlop. Mogliśmy dać sobie czas. Czas, by wsłuchać się w tętno miasta, tak jak ostatnio wsluchaliśmy się w Belgrad. By poczuć jego emocje i targające nim smutki. Nauczyliśmy się rozumieć i nauczyliśmy się uczyć. Jak dzieci – empirycznie, od zera, nie oceniając i nie snując pochopnych wniosków. I wierzę, że tak długo, jak będziemy się dziwić, drążyć niewygodne tematy i trzymać nasze głowy otwarte dla tego, co się w nich nie mieści – tak długo nigdy nie będziemy starzy. 🧡

Znaki.

Odbieracie czasem takie znaki? ✨

Był wtorek. Staliśmy w naszej przystani w Iloku prawie miesiąc po tym, jak przyjechaliśmy tu pierwszy raz. Miałam tylko zmontować środowy film, zostawiajac miejsce na ostatnią scenę, którą mieliśmy dograć już na granicy.

Znowu nie spałam prawie od świtu i koło południa zaczęła boleć mnie głowa od ciągłego patrzenia w ekran w 30-stopniowym upale. W powietrzu wisiała burza, komary cięły jak opętane i miałam wrażenie, że wszystko wokół daje mi znać, że coś tu jest nie tak.

Czułam wewnętrzny niepokój. Miłosz wisiał na łączach ze swoją dawną znajomą z Bułgarii, która dzielnie odpowiadała na wszystkie dręczące nas pytania odnośnie wjazdu do jej kraju przez Serbię. Chciałam na niego krzyknąć, żeby już przestał, że to jest bez sensu, że pakujemy się tylko w jakieś bagno, z którego nie będzie ucieczki. Jakby czując moje emocje zapuścił z głośnika naszą ukochaną Bałkańską kapelę. Oni są z Bośni? – zagadnęłam, choć znałam odpowiedź. Odruchowo zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu równie fajnej, lecz serbskiej rozrywki.

Mój research potrwał może z 10 minut. Jako jeden z pierwszych wyników pojawił się tajemniczy wokalista imieniem Milos z tegorocznym hitem pod tytułem „Darja”.
Choć czułam się okropnie, szeroko się uśmiechnęłam. Po pierwszych dźwiękach zaczęłam przytupywać pod stołem. Gdy rozbrzmiał refren już śmiałam się w głos.

To był znak.
Kilka godzin później byliśmy już w Serbii. 🧡

O bezpieczeństwie.

Co daje Wam poczucie bezpieczeństwa?

Kiedyś utożsamiałam je ze stabilnością. Dobra, pewna praca, zaplecze finansowe, skończone prestiżowe studia. Dach nad głową, najlepiej własny, nie wynajęty i co z tego, że na kredyt. Uznanie innych ludzi. Ta myśl, że w czyichś oczach jestem człowiekiem sukcesu.

I jeszcze pewność jutra. Pojutrza. I tego dnia od dzisiaj za 10 lat. Że ta praca, ten dom, ci znajomi – wszystko będzie tak samo. Nic się nie zepsuje, nikt nie odejdzie, nikt mi nie zarzuci, że coś zrobiłam źle, że spartolilam jakiś z góry ustalony plan.

Ostatnio ktoś mnie zapytał, czy zamierzam tak już do końca życia. Bez domu, bez adresu, to tu, to tam. Ku mojemu własnemu zaskoczeniu odpowiedź wypłynęła z moich ust automatycznie.

„Nie chcę żyć życia, które już wiem jak się kończy.”

Nie chcę wiedzieć co będzie za 10 ani nawet 5 lat. Nasze plany nie sięgają tak daleko. Bardziej marzymy, niż planujemy. Nie zakładamy, że wszystko musi wyjść. Przecież życie zawsze może potoczyć się lepiej, niż przyszło nam do głowy.

Więc co z tym poczuciem bezpieczeństwa?

Najczęściej odnajduję je rano. Gdy budzę się pierwsza z całej naszej piątki, rozglądam się po busie i widzę, że wszyscy są. Czasem ono leży w wiernych oczach Dudu, które kiedyś pełne strachu, dziś wyrażają bezkresny spokój. Czasem w kocim mruczeniu, które wie, że już nigdy nie będzie musiało walczyć o przetrwanie. Najwięcej go jednak jest w dłoni Miłosza, która zaciskając się na mojej, nawet w najtrudniejszych chwilach mówi, że sobie poradzimy. Albo w jego cicho uśmiechniętej twarzy, patrzącej na mnie jakbym była kolejna Marią Curie i mogła osiągnąć wszystko.

Nauczyłam się, że prawdziwe niebezpieczeństwo jest wtedy, gdy musisz żyć życie, którego wcale nie chcesz. To właśnie goniąc za zyskiem, najwięcej można stracić. Poczucie bezpieczeństwa? Podobnie jak chęć do życia najlepiej ulokować jest w tym, co nieprzeliczalne na żadna znaną światu walutę.

Znowu na rozstaju.

Wróciliśmy nad małe, odludne jeziorko Cice, by ochłonąć po ostatnim nadmiarze emocji, zebrać myśli i postanowić co dalej.
A opcji jest kilka i przyznam szczerze, mózgi już nam się lasują od tego miotania się w te czy wewte, w prawo czy w lewo, na wschód czy może jednak na zachód?

2020 to chyba najtrudniejszy rok do podróżowania. Cóż, zawsze lubiliśmy wyzwania i co gorsza, nasze niemądre serca wciąż rwą się, by podjąć ich więcej.
Nasz blog od początku miał być o podróżach niebanalnych. Bo zawsze bardziej od cukierkowych, wąskich uliczek i instagramowo-turkusowych fal wzruszał nas postsowiecki rozpiernik, betonowy brutalizm i gruzińskie świnie maszerujące brzegiem krajowej drogi. Nasz pierwotny plan zakładał w tym roku Bałkany, jak to się mówi „na pełnej” i odkąd miesiąc temu zawróciliśmy spod serbskiej granicy, mamy wrażenie, że jakaś część nas tam została. Ta część siedzi smętna pod budką celników i czeka aż po nią wrócimy.

Z drugiej strony, nie mamy już nastu lat i stety/niestety chwilami załącza nam się myślenie zdroworozsądkowe. Bo co jeśli ową Serbię sąsiednie kraje umieszczą na czarnej liście z nami na pokładzie? Co jeśli za parę tygodni nie wjedziemy nawet do Bułgarii, a co dopiero do kraju, w którym da się spokojnie, bez grzania w Wawrzyńcu spędzić zimę?
Tymczasem wystarczy dojechać do Włoch i nawet jak nas tam zamkną, to będzie co zwiedzać miesiącami. Zimą wystarczy zaś odbić na południe i głowa spokojna, a w pupę ciepło.
Można też spróbować dotrzeć do Hiszpanii, jeszcze bardziej przyjaznej vanliferom i czekać cierpliwie nad oceanem aż przejdzie „druga fala”. Sprawdzone info, wszyscy już byli, wszyscy widzieli, pojedzie jeszcze wielu.

A nas ciągnie na wschód. Jak dziecko, któremu kupiłeś super drogą, wypasioną koparkę do zabawy na plaży, a ono najbardziej chce bawić się patykiem. Pytanie, czy sobie tym patykiem nie wybijemy oka?

Podróż czy ucieczka?

Chorwacja nas nie oszczędza.
Ani pod względem zachwytów, gdy o świcie, za oknem podrzuca nam takie widoki, ani pod względem emocji. Dobrych, złych, na pewno silnych, gwałtownych i na pewno w większym natężeniu niż byśmy sobie życzyli.
Te ostatnie dni były trudne. Okazało się, że każdy, nawet najpiękniejszy raj ma swoje wady. Z jednych musieliśmy uciekać, z innych nie mogliśmy się wydostać, z kolejnego zostaliśmy wygnani.

Nasza podróż nie miała być ucieczką. Niepewność tego, co przyniesie jutro miała ekscytować, nie napawać strachem. Jak dotąd Chorwacja niesie nam więcej tego drugiego i coraz mocniej zastanawiamy się, czy lazurowy Adriatyk rzeczywiście wszystko rekompensuje.
Przez ostatnie dwie doby wydarzyło się tyle, że trudno by mi było to tutaj opisać, a jeszcze trudniej oczekiwać, że ktoś to wszystko przeczyta. Dlatego treść tych zagmatwanych dni postanowiliśmy zmieścić w niedzielnym filmie. O której się jutro pojawi to zweryfikuje życie, nasza droga, której dużo dziś przed nami oraz dostęp do internetu.

Jedno jest pewne – trzymamy się razem. A póki jesteśmy razem, nieszczęście nam nie grozi.

#Vanlife jak z instagrama.

Wciąż nie mogę uwierzyć, ilu Was tu jest – serdecznych, życzliwych nam ludzi. Od rana zasypujecie nas wiadomościami, pytając czy żyjemy, czy wszystko u nas ok i czy udało nam się wyjechać z tego rajskiego kanionu.

Więc tak. Wawrzyniec dał radę. Lub raczej obaj z Miłoszem dali radę, bo ja oglądając i filmując z boku całe przedsięwzięcie byłam chyba bledsza od Stefana. Nie obyło się bez chwil zwątpienia i paru złych emocji, ale ostatecznie pomknęliśmy dalej.

Dopiero gdy te emocje opadły, poczuliśmy tłumione przez wiele godzin zmęczenie i nieprzespaną z nerwów noc. Po drodze znowu minęliśmy kilka miejscówek, z których za wczasu woleliśmy się ewakuować, by nie napykać sobie biedy. Wreszcie dotarliśmy tu.

Powiem Wam szczerze, że zawsze myślałam że taki #vanlife to tylko na instagramie. Że spanie na samej plaży to mit, bo coś tak pięknego jeszcze nam się nie zdarzyło. Oceny na Park4Night wydają się w porządku. Mamy dużo nadziei, że nic złego nas nie zaskoczy, bo chętnie spędzilibyśmy tu nawet cały weekend. W tym czasie chcemy nagrać dla Was kolejny materiał i na spokojnie zastanowić się co robić dalej. Bo podróżowanie w czasach zarazy coraz bardziej nas ogranicza, a Chorwacja w szczycie sezonu nie zachęca, by brnąć dalej na południe. Mamy kilka pomysłów, którymi na pewno podzielimy się z Wami w niedzielnym vlogu. Jeśli uda nam się do tego czasu podjąć jakieś decyzje podzielimy się także nimi, a jeśli nie to może właśnie Was poprosimy o pomoc w wyborze najlepszej opcji?

W każdym razie, dużo się dzieje, dużo zmienia i nic nie zapowiada, by miało się uspokajać. Chciałam, żeby to był mądry, refleksyjny post, ale po całym dniu emocji słowa wytaczają się ze mnie w kompletnym chaosie.

Kurczę no, dzięki, że jesteście. 🧡