Nad Adriatykiem. Początki.

Nasza pierwsza bezpieczna noc nad morzem. Obudziłam się o 6:00, skoro świt, tak samo jak dzień wcześniej. Jakbym miała za chwilę znowu zwoływać zwierzęta na zbiórkę do odjazdu, zamykać okna i pospiesznie wkładać buty. By jak najszybciej stąd wyjechać, bo może zaraz zjawi się policja, by wręczyć nam mandat, bo wieczorem było tu całkiem wesoło, ale wraz ze wschodem słońca wszyscy się zwinęli, jakby wiedzieli o czymś, o czym my jeszcze nie wiemy. Chwilę mi zajęło, nim sobie uświadomiłam, że to już inne miejsce, że nikt nas nie goni, można spać dalej, jesteśmy tu bezpieczni.

Adriatyk, choć piękny i wytęskniony przywitał nas niezbyt przyjaźnie. W tych trudnych czasach Chorwacja zdaje się jeszcze bardziej zawzięcie walczyć o każdy grosz, który turysta chciałby przyoszczędzić, a staruszek Wawrzyniec cicho daje znać, że z tymi górami to jednak przesadziliśmy.

Kocie historie.

25 lipca. Dokładnie rok temu. Nasza pierwsza wyprawa Wawrzyńcem. Dzień wcześniej przekroczyliśmy granicę Rumunii z Mołdawią. Martwiłam się, jak to będzie z Dudu. To była jego pierwsza podróż poza Unię. Mołdawianie na granicy nie przeoczyli jego obecności. Byli zauroczeni, ale też w lekkim szoku, widząc, że taka sabaczka jeździ po świecie kamperem.

Mołdawia to szalenie biedny kraj. Trudno jest oceniać zachowanie ludzi wobec zwierząt, kiedy sami żyją często poniżej poziomu, który my przyjmujemy za kryterium godności. Choć jak wszędzie, żyją tam i dobrzy i trochę gorsi ludzie, to jednak krzywda – ta zwierzęca i ich własna wynika z reguły z nieświadomości. Z braku środków, edukacji i z utartych mechanizmów, które od lat jako tako „działają”.

Sabaczki w Mołdawii nie podróżują. Siedzą przy budzie na ciężkim łańcuchu, mając odstraszyć złodzieja. W brudnych miskach mają wodę i suchy chleb. O koty w ogóle nikt nie dba. Dają sobie radę, łapią myszy. Pod warunkiem, że nie mają niespełna 3 miesięcy, a ich matka nie zginie potrącona przez auto.

25 lipca. Była piątkowa noc. Ich wycieńczone ciałka ledwie mogły wydać z siebie ten rozpaczliwy dźwięk, który usłyszeliśmy wracając do wsi. W przerzedzonej sierści kłębiły się całe kolonie robactwa. Zaropiałe oczka chyba ledwie nas widziały, a jednak tyle wystarczyło. Staś pierwszy zawołał o pomoc.

Tamtej nocy co chwilę budziłam się, mając nadzieję, że dożyją rana. Nakarmienie ich karmą dla dorosłych psów nie było mądre, ale w tamtej chwili nie mieliśmy nic innego. Jadły jak oszalałe. Obudziły się następnego dnia. Pełne nadziei przyszły po więcej. Jakby już wiedziały, że kamper to miejsce, gdzie jest jedzenie. Gdzie jest sucho, bezpieczno, a starszy brat Dudu obszczekuje obce psy. Gdzie nikt nie trzyma siłą i skąd nikt nie przegania.
Że kamper Wawrzyniec to Dom.

Dziś od tamtej nocy minął rok. Stefan i Staś nadal wiedzą te wszystkie rzeczy. Nadal drwią z cudzych psów, siedząc ostantacyjnie w sypialnianym oknie.
I nadal, od czasu do czasu, jakby z sentymentu, z Dudełkowej miski wyżerają psią karmę. 🧡

Zagrzeb.

Wczoraj pisałam o mieście jak o pewnej potężnej istocie. Może nawet trochę jak o potworze, który pochłania, zniewala i trzyma swych jeńców na smyczy.
Tym razem zobaczyłam tylko potworzątko. Wielkie, ale bezbronne. Zatopione w kałuży płaczu.

Piękny stary Zagrzeb, tuż za tą ścianą jest taras widokowy, z którego widać całe miasto. 

Do Zagrzebia przyjechaliśmy w bardzo trudnym czasie. Po pierwsze dlatego, że wciąż przemierzamy świat w trakcie pandemii. Miasta są opustoszałe, ulice nawet w weekendowe wieczory nie tętnią życiem jak zwykle. Alkohol nie leje się w kieliszki, ale na dłonie przy wejściach do sklepów i w połączeniu z ostatnimi upałami moja skóra postarzała się przez kilka tygodni o jakieś kilkanaście lat. Nie, to nie jest ważne. Ważne dzieje się wokół nas i bardziej obok niż z nami. W czasie gdy cały świat wydaje się być już wystarczająco bezradny Zagrzeb dostał od losu swój własny, dodatkowy cios. 22 marca rozpoczęła się tutaj seria trzęsień ziemii. Ostatnie tak silne wstrząsy zarejestrowano 140 lat temu. Wiele budynków zostało zniszczonych. Miejsca tłumnie odwiedzane przez turystów są nieczynne. W remoncie. Zagrożone zawaleniem. Wielu ludzi potraciło mieszkania, dorobek życia, a także zmysły. Wieczorami na ulicach raz po raz da się słyszeć rozpaczliwe krzyki bezdomnych, którzy nigdy by nie pomyśleli, że może ich spotkać taki los. Trudno jest zwiedzać tak pogrążone w smutku miasto z uśmiechem na twarzy. Miasto, które wciąż się boi, bo Zagrzebiem nie przestaje trząść, jedynie nasilenie kolejnych wstrząsów z czasem maleje. Mimo wszystko staraliśmy się wydobyć z niego piękno, które w nim usnęło. Wyobrazić sobie te puste ulice pełne roześmianych Chorwatów, wznoszących toasty białym, rześkim winem, czule przy tym patrząc sobie w oczy.

Jeszcze raz doceniliśmy to, co mamy. To, że jesteśmy razem, zdrowi, bezpieczni, a nasz mały ośmiometrowy domek stoi w jednym kawałku. To, że w każdej chwili możemy zmienić wszystko co nas otacza, a w nas nie zmieni się zupełnie nic. To, że nasze szczęście nie zależy od majątku, który w każdej chwili może się zawalić lub spłonąć, a rzeczy które są dla nas najcenniejsze nie są rzeczami. Nikt ich nam nigdy nie odbierze.

Chodźcie, zobaczcie z nami Zagrzeb. 🧡

Rowery to w Zagrzebiu bardzo popularny środek lokomocji. Jeżdżą nimi nie tylko ludzie
Tutaj w drodze na Plac Świętego Marka. To niezwykle ważne miejsce w Zagrzebiu, o którym więcej opowiemy już wkrótce.
Dachy Zagrzebia. Z tej perspektywy tego nie widać, ale wiele z nich kryje teraz wyludnione po trzęsieniach budynki, puste pomieszczenia w obrębie pękających ścian.
Na piknik udaliśmy się do Parku Ribnjak. Często podpytujecie nas skąd brać pieniądze na podróże. Warto zacząć od redukcji wydatków. Żyjemy bardzo tanio, nie chadzamy do restauracji. Lokalne produkty kupujemy w zwykłych sklepach. Degustujemy na zimno na trawie, lub gotujemy w naszym ekskluzywnym lokalu Wawrzyniec.
Ciężko się po prostu bawić, gdy z każdej strony wyłazi smutek. Moje wewnętrzne dziecko jest wciąż żywe, ale ma w sobie znacznie więcej wrażliwości niż beztroski.
Wrażenie pustki jest dojmujące.
Jest piękny stary Zagrzeb i jest o taki, Jugosławiański. Ten budynek nazywa się Mamutica. Opowiemy o nim ciut więcej w naszym kolejnym filmie.
Jedna z dzielnic Zagrzebia – Sopot. Mola nie zarejestrowano.
A tutaj mieszkaliśmy przez ostatnie kilka dni. Kompleks parkowy nad jeziorem Jarun. Miejsce bardzo przyjazne kamperom, psom, kotom i ludziom, którzy lubią być z dala od ludzi.

O mieście.

Kiedyś myślałam, że całe życie będę mieszkać w mieście. Najlepiej dużym, głośnym i najlepiej w samym centrum. Rytm miasta napędzał mnie, poganiał, dawał poczucie, że jestem częścią czegoś wielkiego, że wtedy dopiero się liczę, bo ja sama w oderwaniu to przecież takie nic.
Miasto biegło, ja je goniłam, a tak długo, jak byłam w stanie za nim nadążyć, w powietrzu wraz ze smogiem unosił się zapach sukcesu.

Gdy tylko coś poszło nie tak, ten sukces zastępowała frustracja. Porażka, nad którą na szczęście nie było czasu się rozczulać, bo miasto gnało dalej. Trzeba było wstać, otrzepać kolana i nadrobić stracony dystans, by sięgnąć po kolejny sukces, by zapomnieć o tym upadku, po którym nie dałam sobie odpocząć, by jak najszybciej znowu poczuć się kimś.

Kiedyś myślałam, że to właśnie jest szczęście.

Wczoraj rano wyjechaliśmy z naszego wedkarskiego zakątka nad jeziorem. Jak tylko zniknął mi w lusterku, już za nim zatęskniłam. Choć wiem, że obecnie miasto mnie już nie wchłonie. Że jestem odrębną od niego jednostką, wartością samą w sobie, nawet jeśli nie został mi przypisany żaden konkretny wyścigowy tor. Dziś miasto budzi we mnie ciekawość, oglądam je niejako z boku, jak jakąś wystawę lub kuriozalny organizm. Ale najlepiej czuję się na wsi. Nieważne, czy to zupełna dzicz porośnięta lasem, czy sielska okolica gdzie z każdego podwórka słychać radosne gdakanie kur.

Moi dziadkowie mieli kury. Pamiętam jak jeździłam do nich na wakacje i któregoś dnia kura pozwoliła mi się pogłaskać. Przycupneła, podkurczając skrzydła i nadstawiła małe kurze plecki. To był ogromny akt zaufania. Mając zaledwie kilka lat, dzięki tamtej kurze poczułam się naprawdę fajnym człowiekiem.

Później tej wartości szukałam w innych ludziach. W ich uznaniu i dystansie, jaki mnie dzielił od ich osiągnięć. Szukałam w papierach, dyplomach i cyfrach. I wszędzie znalazłam.
I wszędzie tylko na chwilę.

Ktoś powie, że takie jest życie. Że w życiu piękne są tylko chwile. Ja powiem, że to życie jest chwilą. Wcale nieprzesadnie długą.
Szkoda by ją było jeszcze rozmieniać na drobne. 🧡

Zakątek nad Čiče.

Bliskość natury. Widok z okna. Miejsca, o których prawie nikt nie słyszał.
Rzeczy, za które najbardziej kochamy vanlife skumulowały się w tym jednym, magicznym miejscu dokładnie w czasie, gdy chcieliśmy o nich mówić.

Oddalone zaledwie 20km od Zagrzebia jezioro Čiče wraz z jego stromymi, kamiennymi plażami to zakątki, o których wiedzą tylko lokalni wędkarze. Przez cały weekend pozdrawiali nas i z ciekawością oglądali nasz wehikuł. Rozmawialiśmy z nimi łamaniną polskiego z chorwackim, w której tam, gdzie już czasem zupełnie brakło słów, na pomoc przychodził rosyjski. Opowiadali o Chorwacji, o ludziach i o wciąż świeżej w ich sercach wojnie. O tym, co różni tutejszych od południowców i od tych, którzy za lepszym życiem wyjechali jeszcze dalej. Dzielili się z nami swoją historią, a także skitraną przed żonami rakiją, przelaną do dziecięcego bidona w minionki.

Nie poznalibyśmy tych ludzi, gdyby nie vanlife. Jako turyści, w najlepszym wypadku pojechalibyśmy do Zagrzebia zobaczyć główne zabytki, choć prawdopodobnie w ogóle byśmy nie zawracali sobie nim głowy i pomknęli prosto nad Adriatyk. Vanlife to nie turystyka ani kolorowe obrazki z biura podróży.
To odkrywanie świata takim, jaki jest, ze wszystkimi jego cudami i smutkami.

O tym, dlaczego wybraliśmy życie w drodze mówimy w naszym najnowszym filmie. Bo wciąż wydaje nam się, że tych cudów jest jednak więcej, a nawet jeśli przyjdzie nam przeżyć także smutki, to chyba lepsze to niż nie żyć wcale, nie swoim życiem, wiecznie czekając na odpowiedni moment.

Bo zawsze najbardziej żałuje się tego, czego się nawet nie spróbowało. 🧡

Dlaczego życie?

Jak wyglądałoby Wasze życie, gdybyście wiedzieli, że wszystko jest możliwe?

Co gdyby na świecie nie chodziło o zarabianie pieniędzy i osiąganie sukcesu? Czy nadal wstalibyście dziś rano i z poczuciem spełnienia pojechali do ukochanej pracy?

Jeśli tak, to jesteście prawdziwymi szczęściarzami. Jeśli nie, to być może jesteście w tym samym miejscu, w którym i my byliśmy jeszcze niedawno.

W naszym najnowszym filmie opowiadamy, dlaczego porzuciliśmy pomysł, by zadowolić wszystkich wokół i wybraliśmy wędrowne życie. Mówimy też o tym, co dał nam vanlife, a bez czego już dzisiaj nie umielibyśmy żyć.

Vanlife nie jest dla wszystkich. Dróg do szczęścia jest wiele i nie każdy chce swoją przejechać kamperem. Ale każdy zasługuje na to, by podążyć własną. Bo jeśli w tym życiu, które mamy, nie odważymy się być szczęśliwi, drugiej szansy możemy już nie dostać. 🧡

O przyjaźni.

Zaczęliśmy ostatnio dużo rozmawiać o tym, co dał nam vanlife i co najbardziej w nim cenimy. I oto dziś dojeżdżamy do Zagrzebia i odpowiedź nasuwa się sama. Vanlife to przede wszystkim ludzie.
Nie tylko ci, których poznajemy już w drodze, ale także ci, których poznaliśmy dawno temu, ale nasze drogi z jakiegoś powodu się rozeszły. Często na tyle daleko, że już nigdy nie mieliśmy okazji, by spotkać się ponownie.
Podczas naszej pierwszej, zeszłorocznej wyprawy odwiedziliśmy naszych przyjaciół w różnych zakątkach Polski, a także na Litwie, w Rumunii i Mołdawii. Z niektórymi nie widzieliśmy się nawet kilkanaście lat. Przy okazji na Węgrzech poznaliśmy nowych, u których zawitaliśmy już w tym roku, a obecnie w Zagrzebiu czeka na nas jeden z dwóch moich najlepszych kolegów ze studiów, który po pierwszym roku postanowił rzucić nasz arcynudny kierunek na rzecz filologii chorwackiej. Dziś mieszka w stolicy kraju, do którego ogromną pasję wyhodował jeszcze jako nastolatek. Właśnie jedziemy mu na spotkanie.
Nie widzieliśmy się 10 lat. 🧡

P. S. W tym poście celowo nie dodajemy zdjęć naszych przyjaciół, bo choć dzielimy się z Wami fragmentami naszego życia, musimy też szanować prywatność tych, którzy są jego częścią. Mamy nadzieję, że ci czterołapni, których rodo nie dotyczy, równie skutecznie sprawią, że się uśmiechniecie.

A kogo Wy byście odwiedzili, gdybyście mogli pojechać wszędzie? 🧡

Varaždin.

Do Varaždina wybraliśmy się w tym tygodniu już dwukrotnie. Ostatni raz wczoraj, na ratunek mojemu laptopowi, którego nieopacznie zalałam chorwackim winem, co gorsza bardzo przeciętnym.

Was zabieramy dziś w tę przyjemniejszą podróż, do miasta, które w XVIII wieku przez 20 lat było stolicą Chorwacji, by w 1776 roku doszczętnie spłonąć. I choć piękny zamek, będący kiedyś siedzibą chorwackiego bana, tę tragedię przetrwał, a resztę miasta odbudowano w naprawdę malowniczym stylu, książę przeniósł się do Zagrzebia i nigdy już z niego nie wrócił.

Mnie najbardziej kojarzy się z uroczymi, rumunśkimi miasteczkami Siedmiogrodu, a bliskość węgierskiej granicy nie jest tu zapewne przypadkiem. W tym miejscu Chorwację od Węgier oddziela Drawa, a wzdłuż niej biegnie kolejna trasa rowerowa, z której chce się zjeżdżać tylko po to, by przez chwilę zachłysnąć się otaczającym nas widokiem.🧡

Kocie relacje.

Wielu z Was pyta, jak w podróży radzimy sobie z kotami. Cóż, to nie jest tak, że my radzimy sobie z nimi. Po prostu, radzimy sobie wszyscy razem.

Staś i Stefan to Mołdawianie. Gdy w ubiegłym roku podróżowaliśmy po tym nikomu prawie nieznanym kraju, znaleźliśmy ich przy drodze. Byli wtedy dzieciakami, na oko 3-miesięcznymi, na granicy śmierci głodowej i zostania zjedzonym przez robaki. Na mołdawskiej wsi, gdzie już sami ludzie walczą o przetrwanie, nikogo ten widok nie rozczulał. Nie mieliśmy lepszego pomysłu co z nimi począć, więc zostały z nami. Na początek na miejscu, w owej wsi o nazwie Cotova, byśmy mieli pewność, że nikt ich nie szuka oraz, że przeżyją kolejne 3 doby. Gdy to się udało, w powiększonym składzie ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przez kolejne 3 miesiące podróżowały z nami Wawrzyńcem, aż wszyscy razem jesienią wróciliśmy do Polski. Myślę, że trafiliśmy na wyjątkowo mądre koty. Od początku poukładały sobie w swoich małych łepetynach, że ich dom ma koła i jeździ. I że trzeba się go pilnować, bo może odjechać bez nich. Nigdy nie zdarzyło się, by zniknęły nam z pola widzenia na dłużej niż kilka godzin. Oczywiście, to nie jest tak, że mówię „Stefan, idź pobiegaj, o 14 wyjeżdżamy.” i Stefan o 13:50 maluje się przy drzwiach. Ale zawsze wiemy, że do nas wróci, w najgorszym razie opóźniając nam ów wyjazd do 15:30.

Czy próbowaliśmy smyczy? Oczywiście. Czy się udało? Ani trochę.

Ciężko nam było wyczuć granicę kiedy troska przeradza się w działanie, które czyni żywe stworzenie nieszczęśliwym. Nie chcieliśmy karmić się myślą, że skoro już zawdzięczają nam życie to musi im to wystarczyć. Budowaliśmy nasze relacje na bazie wzajemnego zaufania i jedyne, czym manipulowaliśmy to otoczenie – z dala od dróg, ludzi i obcych zwierząt – stwarzające bezpieczne warunki dla ich upragnionej wolności.

Nie wiem czy jest to model idealny, ale wiem, że u nas działa. Wierzę, że kiedy bardzo kogoś kochamy, szanse, że nas opuści tylko dlatego, że może są raczej znikome. 🧡
Jednak gdy próbujemy zamknąć go w klatce, te szanse zaczynają rosnąć.

Vukovar.

Kto już oglądał nasz pierwszy film z Chorwacji, ten widział zapewne piękne, ale smutne, podziurawione śladami wojny miasteczko Vukovar. Zwiedzaliśmy je na dwóch kołach, choć wyjeżdżając z naszej miejscówki jeszcze nie wiedzilismy, że wiedzie tam tak dobra i malownicza droga. Dopiero na miejscu sprawdziliśmy, co się oznaczają tabliczki z napisem Euro Velo 6.
Okazało się, że to znany europejski szlak rowerowy o długości ponad 3500km, zwany również Trasą Rzek. Wiedzie on od francuskiego wybrzeża Atlantyku, aż do Konstancy – rumunśkiego portu nad Morzem Czarnym. Odcinek, którym jechaliśmy przebiega wzdłuż Serbsko-Chorwackiej granicy, a co za tym idzie to jazda z widokiem na piękny Dunaj. Po drodze mijaliśmy też charakterystycznie rosnącą ku południowemu słońcu winorośl, a także przyjaźnie kiwające głowami pola słoneczników. Jeśli lubicie wycieczki rowerowe – polecamy serdecznie.