Suczka Serbuszka.

Nazwaliśmy ją Serbuszka. 🖤
Od Serbii, w której ją spotkaliśmy i od serduszka, które od samego początku podarowała nam w całości. Przez kilka dni przychodziła do nas coś przekąsić i trochę się połasić. Ostatniego już nie odstąpiła nas na krok. Całą noc przespała pod drzwiami kampera, jakby czuła, że nad ranem planujemy odjechać.

Nie powinno się nadawać imion tym, których nie chcemy oswoić. Których wiemy, że nie zdołamy zabrać ze sobą. Do tego, co ma imię, człowiek się łatwiej przywiązuje. A potem to bardziej boli.

Ale miałam już dość mówienia „o ten czarny piesek z kulawą nóżką zrobił to czy tamto.” „Serbuszka” wypowiedziałam bez chwili namysłu. Potem już jakoś tak zostało. W pewnym sensie ona została ze mną do dziś.

Wschodnia Europa to mój mentalny dom. Pokochałam ją, gdy pewnego razu Miłosz zabrał mnie zimą do Mołdawii. Po drodze zwiedzaliśmy jeszcze kawałek Ukrainy, na noc Sylwestrową wylądowaliśmy w Kiszyniowie. Może to pełne ciepła twarze tamtych ludzi, może ich melodyjna mowa, może jakiś sentyment do krajobrazu miast, które dziś przypominają mi Polskę z lat mojego dzieciństwa. A może to po prostu miłość ślepa, niewytłumaczalna w żaden sensowny sposób. Jakaś mistyczna siła, która sprawia że mając do wyboru weekend w bajkowym Paryżu lub brutalistycznym Kiszyniowie, zawsze wybiorę to drugie.

Jedną tylko rzeczą ta wschodniackość za każdym razem łamie mi serce i tej jednej jakoś nie umiem jej zapomnieć. Są to wałęsające się ulicami psy, wychudłe, porzucone koty. Istoty o lepkich, przerzedzonych futrach, zapadniętych pyskach, lecz o dziwo czasem jeszcze oczach, w których tli się płomyk nadziei.

Czasem te oczy mówią „podziel się tą bułką”.Czasem pytają „czy zabierzesz mnie do domu?”. Za każdym razem, gdy na to drugie pytanie muszę odpowiedzieć „nie” czuję, jakbym robiła coś złego. To poczucie niemocy jest miażdżące i czasem wytrąca z równowagi na długie godziny. Czasem, jak Serbuszka, nawet dni. Jednak za każdym razem uczy też pokory. Że jestem tylko małym pyłkiem na tym świecie i całego go nie naprawię. Że najważniejsze, by każdy robił coś dobrego, nawet jeśli to jest bardzo małe. Te małe rzeczy się potem zbierają w coś wielkiego. Że nie mam prawa oceniać tamtych ludzi, bo nie znam ich historii. Nie wiem czego im brakuje. Może niektórzy sami chcieliby więcej „tej bułki”?
A przede wszystkim, że ocenianiem nikogo nie ocalę. Mogę tylko robić swoje, kochać moje uratowane zwierzaki i myśleć, jak pomóc innym.
Mogę mówić głośno o tym, że są tacy jak Serbuszka. I mieć nadzieję, że ktoś ich kiedyś ze sobą zabierze. 🧡

Miedzianka Fest – co nam zostało oprócz wspomnień?

Był ciepły sierpień 2018 roku. Miłosz wrócił z Brazylii, ze swojej pierwszej wyprawy reporterskiej. Do czasu, gdy noce staną się chłodne, a jesień na dobre zamknie nas w czterech ścianach „prawdziwego” mieszkania, został nam miesiąc, może półtora. Urlopu nie mieliśmy już prawie wcale, a większość naszych oszczędności stała dumnie, zaparkowana na ulicy, nie zapowiadając żadnych dłuższych wakacji w tym roku. Jednak mieliśmy jeszcze weekendy. Mieliśmy słońce nad głowami, a w głowach tyle pasji, by pojechać kilkaset kilometrów na południe Polski, w tempie max. 80 km/h, tylko po to, by spędzić tam dwie noce. Nie kalkulując, czy to się w ogóle opłaca. Pojechaliśmy na Miedzianka Fest – festiwal reportażu, literatury, ludzkich historii. Rzeczy, które choćby się nawet chciało – trudno by było wycenić.

Doskonale pamiętam to piątkowe popołudnie, gdy wyszłam z naszego biurowca i stanęłam na przystanku autobusowym. Zatłoczonym niebotycznie, jak przystało na centrum Poznania w godzinach szczytu. Ludzie czekali na sześćdziesiątkę piątkę, dziewięćdziesiątkę trójkę, albo pięćdziesiątkę, przy czym tych ostatnich było niewielu, bo ona rzadko jeździła. A ja czekałam na Niego. Ku wielkiemu zaskoczeniu moich współpodróżnych, zupełnie niezgodnie z rozkładem, na przystanek podjechał biały, mniejszy niż wszystkie inne bus bez numerka. Głównymi drzwiami weszłam prosto do salonu. Można by rzec, że mój własny dom odebrał mnie wtedy z pracy.

Droga zajęła nam około pięciu godzin, na miejscu byliśmy późnym wieczorem. Zachodziło słońce. Bus Wawrzyniec po raz pierwszy mierzył się z górzystym krajobrazem. Na pierwszym biegu i nie bez wzdychania, wjechał na wzgórze, na którym znajdował się nasz nocleg. Uroczy, staroświecki dworek, a za nim wielki ogród. I polana, na której mogliśmy zaparkować nasz dom.

Obok nas parkował jeszcze jeden bus – błękitny Volkswagen naszych znajomych. Podróżowali nim już wówczas kilka lat. Pamiętam, że zasypaliśmy ich wtedy milionem pytań o życie w drodze i o to, jak najlepiej urządzić się w aucie. Tak bardzo byliśmy wszystkiego ciekawi. I tak bardzo jeszcze nieświadomi wszystkiego, co nas czeka.

Dni wypełniały nam spotkania z autorami, odbywające się w większości w miejscowym kościele. Zdecydowanie potęgowało to ich wyjątkową atmosferę. Budynek kościoła od dziecka kojarzył mi się z czymś nieprzystępnym. Moja rodzina nigdy nie była szczególnie religijna, a jako dorosła osoba w zasadzie w ogóle przestałam się tam pojawiać. Zawsze było mi w nim zimno. Msze były zjawiskiem na wskroś powtarzalnym. Wszyscy wiedzieli dokładnie kiedy mają usiąść, klęknąć, zaśpiewać tę czy inną pieśń. Miałam wrażenie, że ten tłum działa zupełnie bezrefleksyjnie, wręcz automatycznie. Pierwiastek ludzki ginął w doniosłym dźwięku organów, by wrócić dopiero po ceremonii, za ciężkimi drzwiami, z rutynowej rozmowie z sąsiadem.

Tymczasem na Miedziance kościół był czymś zgoła innym. Był miejscem pełnym ludzi. Ludzi, którzy naprawdę przyszli kogoś posłuchać i z kimś pomówić, czasem też i pomilczeć. Nikt nie przebywał tam z przymusu, ani żeby coś odhaczyć. Rozmowy z pisarzami przeciągały się ponad grafik, bombardowane gradem łapczywych pytań. Wszędzie, na kościelnych ławach, w dłoniach, na straganach przed kościołem, wystające z plecaków i toreb widać było książki. Jakby współczesny świat się na chwile zatrzymał. Albo jakby wszyscy ludzie, których coś jeszcze obchodzi stłoczyli się w jednym miejscu.

Cudownie było czuć się tego częścią. Spotkać tych wszystkich inspirujących ludzi. Usłyszeć głos Olgi Tokarczuk, wtedy jeszcze przyszłej Noblistki. Uścisnąć dłoń Mariusza Szczygła, zanim jeszcze stał się oficjalnym Zwycięzcą Nike. Zadumać się z Filipem Springerem nad tym, czym dla nas jest dom.

Dziś kiedy to piszę wszyscy jesteśmy w domu. Przynajmniej powinniśmy być. Koalicja Letnich Festiwali Literackich poinformowała właśnie, że tegoroczny Festiwal Miedzianka może nie odbyć się w tradycyjnej formie. Być może większa część, a może i całość wydarzeń będzie musiała odbyć się on-line. Czy ta atmosfera, którą zapamiętaliśmy z pierwszego lata z Wawrzyńcem jest jakkolwiek odtwarzalna w rzeczywistości wirtualnej? Wydaje mi się, że nie.

Nie stłoczymy się w kościele, w którego gmachu głos autora niesie się echem. Nie będziemy sobie nawzajem czytać nad ogniskiem, w rytm strzelających w nim iskier. Nie napijemy się razem piwa w odbudowanym Browarze Miedzianka, zgadując skąd pochodzą kolejno czytane na głos fragmenty reportaży. Nie zrobimy wielu innych rzeczy. Ale wciąż możemy zrobić więcej niż nic.

Możemy być właśnie tą wspomnianą garstką ludzi, którym jeszcze zależy. Na literaturze, na sztuce czytania, na dzieleniu się historią. Tym bardziej, że przyszło nam żyć w czasach, gdy ta historia wydarza się dosłownie na naszych oczach. Możemy być w tym wszystkim razem. Dzielić się tą całą ferią uczuć, jaka przelewa się teraz przez nasze serca. Razem z naszymi najbliższymi, którzy nas teraz tak bardzo potrzebują. Razem z artystami, dla których w dużej mierze ta sytuacja oznacza wyjątkowo ciężkie czasy. Razem z pisarzami, którzy zapewne kiedyś tę historię spiszą i ubiorą w okładkę, by nieść ją przyszłym pokoleniom.

Możemy wreszcie oderwać się od tego, co nas dziś zniewala i uciec w świat historii już spisanych. Polecieć myślami na drugi koniec świata, pozbawiony trosk. Albo nabrać dystansu, poznając prawdziwe życiorysy ludzi, którzy doświadczyli ich znacznie więcej. W czasach, gdy świat postanowił zwolnić, możemy dać sobie czas, aby go wreszcie poznać.

Poczuć słodki zapach zadrukowanego papieru. Zadumać się dłuższą chwilę nad przeczytanym przed chwilą zdaniem. Zrobić mu miejsce w swojej na co dzień przeładowanej myślami głowie.

Przytulić do serca książkę, która zmieniła coś w naszym patrzeniu na świat, na życie, na nas samych. Podziękować jej za to, że dzięki niej staliśmy trochę lepsi. Bogatsi. Może spokojniejsi? Pozwolić jej zostać zapamiętaną. Zasnąć z nią, odłożoną przy poduszce, gdzie zwykł spoczywać nasz telefon komórkowy.

Pierwsza mikrowyprawa – festiwal przyjaźni.

Jak już wspominaliśmy, nasze pierwsze lato z busem nie zapowiadało wielkich wypraw. Ograniczone możliwości urlopowe zmusiły nas do priorytetyzacji kierunków i planów. Ranking wygrała Brazylia, która pochłonęła ponad 3 tygodnie wolnego od pracy za biurkiem.

Żadne z nas nie było wtedy jeszcze freelancerem. Nie mieliśmy też perspektyw na pracę zdalną, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Co nie oznacza, że nie próbowaliśmy jej znaleźć.

Pierwszy weekend lipca 2018. Jedziemy na Boski Fest. Gdybym miała w dwóch słowach streścić Wam, czym jest ta impreza, powiedziałabym, że to Festiwal Przyjaźni. Przyjaźni międzyludzkiej, międzypokoleniowej i międzygatunkowej. Można przyjechać z dzieckiem, można z psem, z kotem zapewne też, chociaż wtedy jeszcze ten problem nas nie dotyczył. Można pod namiot, do drewnianego domku albo kamperem. Boski Fest to kilka dni w rodzinnej atmosferze, gdzie zapomina się, że obcy ludzie są faktycznie obcy. Mimo tego, jak bardzo są różni i z jak różnych przyczyn tam przybywają. Bo jedni bardziej dla muzyki, drudzy na warsztaty z szeroko pojętej sztuki. Jeszcze inni na panele dyskusyjne, jogę, zabawy rękodziełem, pływanie kajakiem lub po prostu – pobyć razem.

Chcieliśmy pobyć i my. Te ostatnie dni lata przed wylotem Miłosza miały być wyjątkowe. Dać nam siłę na najbliższe tygodnie. My dwoje, pies Dudu i nasz mobilny domek.

Kilka dni przed wyjazdem dzwoni mój telefon. Głos w słuchawce informuje, że kontaktuje się w sprawie pracy, o którą się ubiegam. Pracy w 100% zdalnej. Oczy śmieją mi się na samą myśl, że to mogłoby się udać. Umawiam się na rozmowę. Dokładnie w drodze na Boski, zatrzymujemy się na stacji benzynowej, bym mogła swobodnie ją odbyć. Stresuję się, jakby od tego zależało całe moje życie. Po wszystkim mówię, że poszło chyba nieźle. Jak zwykle mam problem z oceną własnych wyników. Pozostaje czekać.

Na Boski docieramy w piątkowy wieczór. Parkujemy obok innego kampera, na oko w podobnym wieku co nasz. Na powitanie od razu wychodzą nam sąsiedzi. Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, jak vanlife łączy ludzi. Sąsiedzi są z Krakowa. Ponieważ nie mamy jeszcze działającej instalacji gazowej, proponują nam gorącą kawę. Odwdzięczamy się, tym co mamy najlepsze:

„Na szczęście” podczas brazylijskiej wyprawy, podarowałam mojemu ukochanemu taki oto trunek. 🙂

Z Poznania pod Bydgoszcz, gdzie odbywa się festiwal jest około 140 kilometrów. Pierwszy raz jedziemy z Dudu kamperem. Świadomi jego choroby lokomocyjnej bacznie obserwujemy każdy grymas mordki. Na miejsce docieramy bez przykrych doświadczeń. Choć psiak z początku obawia się tego, jak w busie wszystko skrzypi i trzeszczy, powoli się przyzwyczaja. U celu radośnie wyskakuje z busa, zataczając honorową rundkę po polu namiotowym. Siedzący wokół namiotów ludzie głaszczą go i ochoczo częstują całą gamą pyszności. Pies Dudu jest zdecydowanie w swoim żywiole.

Kolejne grupki starych znajomych odwiedzają nasz obóz. Przychodzą zobaczyć busa, gratulują, pytają o dalsze plany. Nie wiemy, co odpowiadać. Poza samym busem nie mamy wówczas jeszcze nic. Pomysłu na życie w podróży, obranego kierunku, a przede wszystkim możliwości, by będąc w trasie cały czas zarabiać na swoje utrzymanie. Odpowiadamy więc pokrętnie. Że czekamy na znak. Że może kiedyś. Że marzy nam się, ale…

Staramy się jednak nie zamartwiać. Łapczywie chłoniemy te pierwsze dni w naszym mobilnym domku. Pierwsze śniadanie „przed domem”, pierwsza impreza „na ganku”, pierwsza noc „nie pod blokiem”. Jest jakaś niesamowita magia w robieniu rzeczy po raz pierwszy. Szczególnie, gdy się o nich śniło przez całkiem spory kawałek życia.

Zwykła kanapeczka jedzona z busem tle, od razu smakuje inaczej.

Nim zacznie się nowy tydzień wracamy do Poznania. Naładowani pozytywną energią. Niemożebnie szczęśliwi. Ten entuzjazm starczy nam jeszcze na jakiś czas, jednak prędzej czy później zacznie się kurczyć. Kilka dni po wylocie Miłosza otwieram maila z wynikiem rekrutacji. Nie dostaję pracy zdalnej. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej niż tamtego dnia z większą frustracją „odbijałam się” kartą przy wejściu na korporacyjny open-space. Wieczorami, w ramach rutynowego marnowania czasu przeglądam van-life’owe blogi. Z instagrama spoglądają na mnie współcześni hipisi na tle pastelowych T-trójek. W dłoniach trzymają gitary, miseczki z wegańską kaszą bulgur albo tykwy z yerba mate. Łykam ten instagramowy banał całą sobą i czuję się tylko gorzej. Na żadnym zdjęciu nie odnajduję jeszcze nas. Choć pod naszym blokiem stoi bus, my nadal nie jesteśmy wolni.

Follow my blog with Bloglovin

Mamy kampera. A co na to pies?

Pytanie, które może z pozoru wydawać się dziwne. Kto o zdrowych zmysłach pytałby o zdanie psa? Jednak w naszym wypadku zależało od niego całkiem sporo.

Pies Dudu, adoptowany przeze mnie w maju 2016 z bydgoskiego schroniska mieszkał z nami już jakiś czas. Zdążyliśmy nawzajem poznać swoje mocne i słabsze strony. Dudu od początku naszej relacji był psem płochliwym. Wyraźnie było widać, że w poprzednim życiu człowiek nie jawił mu się jako przyjaciel. Dużo czasu minęło zanim udało nam się zbudować się więź opartą na zaufaniu. Wiedziałam, że miewa gorsze dni, gdy zapomina, że już wszystko jest w porządku. Że ma swoje granice, których lepiej nie przekraczać. Szanowaliśmy jego przestrzeń, jednocześnie nigdy nie odmawiając mu głasków, kiedy dawał znać, że ma na nie ochotę.

Dudu miał jednak jeszcze jedną słabość, o której mało komu mówiliśmy. W gruncie rzeczy ma ją cały czas. To choroba lokomocyjna.

Dwudziestominutowa trasa z poznańskich Jeżyc do Swarzędza rzadko kiedy kończyła się bez przygód. Dłuższe wyprawy były jednym wielkim dramatem dla obu stron. Nie wchodząc w szczegóły, Dudu podróże samochodem znosił po prostu źle. Nie pomagały żadne kropelki, ziółka, aviomarin. Raz spróbowaliśmy specjalistycznego leku dla psów o nazwie cerenia, lecz ten, o ile faktycznie powstrzymał, co miał powtrzymać, o tyle z psa uczynił naćpaną roślinkę i nie było mowy, żeby stosować go regularnie żyjąc w podróży.

Jakby mnie dzisiaj ktoś zapytał co nami kierowało, gdy mimo to kupowaliśmy kampera, powiedziałabym szczerze, że nie wiem. Głupota. Intuicja. Naiwność. Choć wszystkie znaki na niebie i ziemi temu przeczyły, wierzyliśmy, że będzie dobrze.

Najgorsze wspomnienie jakie mam związane z kamperem i Dudu to pierwsza noc. Wypiliśmy już „Taka”, oglądaliśmy film. Wypuściliśmy Dudu na tak zwane szybkie siku. Staliśmy pod blokiem, świętując nasz zakup. Nigdzie się nie wybieraliśmy.
A Dudu i owszem.

Nie wiem nawet kiedy straciliśmy go z pola widzenia. Było już późno i ciemno. Noc była chłodna. Moje z początku spokojne nawoływanie stopniowo ewoluowało w rozpaczliwy ryk. Nigdzie go nie było. Okrążyliśmy nasze osiedle i kilka sąsiednich. Kila razy. Minęły dwie godziny, może trzy? Po Dudu nie było śladu.

Wystraszył się kampera i uciekł? Zgubił się? Pobiegł za kotem? Wpadł pod auto? Ktoś zrobił mu krzywdę? W głowie miałam już same najczarniejsze scenariusze i samo najgorsze zdanie o sobie, że go nie upilnowałam. Wracaliśmy do auta się drzemnąć, albo chociaż zebrać myśli. Ledwie weszliśmy do środka, Miłosza coś jakby tknęło. „Ostatnia szansa” – powiedział. Nim zdążyłam zadać pytanie trzasnęły za nim drzwi.

„Jak go znalazłem, akurat srał”. To były pierwsze słowa, jakie wypowiedział, wchodząc do kampera z psem pod pachą. Mimowolnie parsknęłam śmiechem przez łzy. Dudu radośnie się oblizywał. Okazało się, że tylko nie wystraszył się kampera, ale postanowił wziąć udział w imprezie dla zmotoryzowanych… jadłodajni. Tuż przy naszym osiedlu znajdował się stadion sportowy. Akurat tego dnia odbywał się tam festiwal foodtruck’ów, a po nim na terenie stadionu został istny resztkowy raj. Dudu nie mógł przecież tego tak zostawić.

Tu już w okienku kamperowej sypialni.

Historia z happyendem? Cóż, choć mogło wyglądać to groźnie, w rzeczywistości po prostu każde z nas świętowało zakup kampera na swój sposób. Dziś Dudu ma koncie 8 odwiedzonych krajów, 9896 przejechanych kilometrów – łącznie pół roku życia w ciągłej podróży – i nie było dnia, żeby choć trochę stracił przez to apetyt. Poza tym prowadzi bloga o Vanlifie z psiej perspektywy oraz cały czas stara się wyszkolić dwa niesforne koty w zakresie zasad BHP.

Może to kwestia rodzaju auta, gabarytów, przestrzeni? Może po prostu mieliśmy szczęście? Może to cud? Niezależnie od przyczyny, nasza ekstremalnie nieprzemyślana decyzja uszła nam na sucho. Po raz kolejny, nie licząc zysków i strat daliśmy temu szansę. A Dudu dał szansę nam.

A jeśli chcecie wiedzieć co ma na ten temat do powiedzenia sam Dudu, czytajcie na : facebook.com/DuduVanDog

Powiedzieliśmy TAK.

Vanlife był naszym marzeniem. W zasadzie to był dwoma osobnymi marzeniami, które narodziły się niezależnie, w głowie każdego z nas, na długo zanim się poznaliśmy. Czy wierzyliśmy, że kiedyś się spełnią? Myślę, że był taki moment, w którym oboje pogrzebaliśmy je w otchłani życiowych fantazji, które tymi fantazjami muszą już pozostać. Na tyle głęboko, że musieliśmy przepedałować razem tysiące kilometrów i przegadać setki godzin z tyłkiem w siodle, żeby się do tych fantazji w ogóle przyznać.

Sporą część tych kilometrów wykręciliśmy w Tokaju. Krainie pełnej wina, winnic i malowniczych tras rowerowych na pograniczu Słowacji i Węgier. Wybraliśmy się tam na pierwszą wspólną majówkę, z parą naszych przyjaciół, którzy na dobrych winach znają się jak mało kto. To właśnie dzięki nim znaleźliśmy się tej wiosny na kilku naprawdę wyjątkowych degustacjach u zawodowych winiarzy. Jedna z nich zapadła nam w pamięć szczególnie mocno.

Maj 2018. Tokajskie winnice.

Do Veľkej Tŕňi przyjechaliśmy pierwszego dnia naszej wycieczki. Degustacja w winnicy Mariána Takáča była pierwszą, na jaką byliśmy umówieni. Po kilku godzinach na dwóch kołach, w trzydziestopniowym upale doczołgaliśmy się na wzgórze. Tokajskie piwnice, bo tak nazywało się to miejsce wyglądały jak tolkienowski Hobbitton. Jednak za niskimi, drewnianymi drzwiami porośniętych trawą norek, nie znajdowały się domki baśniowych stworzeń, a właśnie winnice. Gdy tylko przeszliśmy przez próg jednej z nich, momentalnie zrobiło się trzykrotnie zimniej. Strome kamienne schodki prowadziły niemal pionowo w dół. Marian, świecąc latarką, prowadził nas krętym korytarzem przez zupełną ciemność. Wreszcie za kolejnym zakrętem dotarliśmy do głównej komnaty. Nasz gospodarz zapalił świece. W ich ciepłym świetle zobaczyliśmy masywny stół, nakryty lokalnymi przekąskami. Pod ścianami jedna przy drugiej stały drewniane beczki. U szczytu stołu, za kilkoma szeregami butelek stanął Marián. I zaczął opowiadać swoją historię.

Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej spotkałam człowieka, który miałby w sobie tyle pasji i wiary we własne marzenia. Przekucie winiarstwa w dochodowy biznes nie udaje się każdemu. Wymaga ogromu cierpliwości, godzin pracy i przede wszystkim – miłości do tego, co się robi. Mariánowi się udało. Chociaż przez kilkanaście lat łączył hobby z czysto zarobkową pracą na etacie, dziś jest uznanym w świecie wina twórcą. O swoich winach mówi z niewiarygodną fascynacją. Zaraża pozytywną energią. Daje nadzieję, że niemożliwe jest jednak możliwe.

Podczas degustacji Marián pokazywał nam kolejno swoje ulubione butelki i opowiadał ich historię. Był trochę jak rodzic, mówiący o swoich dzieciach. Paradoksalnie te dwa wątki niekiedy się łączyły.

Naszą uwagę szczególnie przykuło wino o nazwie „Tak”. Nietuzinkowe, słodkie, aromatyczne. Na etykiecie była mała dziecięca rączka.
– Nie wiedziałem jak je nazwać. – wspomniał Marián. – Vivien, moja 3-letnia wówczas córeczka machnęła rączką i powiedziała „TAK! Bo ja się Takáč nazywam.”
Mała Vivien miała rację. „Tak” smakowało jak triumf. Jak zdobyty szczyt. Jak życie tu i teraz. Moim życiem. Po mojemu. Rozbawieni i wzruszeni tą historią kupiliśmy butelkę, by zabrać ją do Polski. Otworzymy ją na jakąś szczególną okazję – tak wtedy postanowiliśmy. Nie mieliśmy jeszcze pojęcia czym będzie ta okazja. Wierzyliśmy, że gdy nadejdzie, będziemy o tym wiedzieli.

Gdy 17 czerwca 2018 przyjechaliśmy Wawrzyńcem z Warszawy zaparkowaliśmy go pod blokiem. Mieszkaliśmy wówczas na poznańskim Grunwaldzie, nieopodal był maleńki las. Jak się zmyślnie stanęło drzwiami do tego lasu, to człowiek wychodząc z busa nawet nie czuł, że stoi na osiedlu. Pierwszej nocy, zafascynowani naszym nabytkiem ubraliśmy ciepłe dresy i poszliśmy spać do kampera. Zabraliśmy tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, parę świec, psa Dudu i butelkę wina.

Busik na osiedlu. Po drugiej stronie tej uliczki stoi blok na bloku.

Kilka lat zanim poznałam Miłosza, w mojej głowie narodziło się marzenie o życiu w drodze. Pamiętam jak w jeden weekend przeczytałam od deski do deski absolutnie całego bloga Busem Przez Świat. Potem z tęsknotą przeglądałam jeszcze wiele innych vanlife’owych blogów. Potrafiłam godzinami scrollować instagrama i obiecywać sobie, że coś wymyślę i że ja też „kiedyś będę”. Za którymś razem trafiłam na bloga o przejmującej nazwie „Saying YES to life.” Urocza para, stary czerwony bus, zdjęcia przepełnione miłością do życia. Broń boże nie twierdzę, że obrazki z instagrama w jakkolwiek obrazują prawdziwą codzienność. Ale w tamtej chwili, tamta nazwa, to mówienie TAK własnemu życiu – podczas gdy ja sama codziennie mówiłam mojemu „Nie dziś” – poruszyło mnie niemal do łez.

Żadne z nas nie miało wątpliwości, że to jest Ta Okazja. W chłodny czerwcowy wieczór, w dresie, gdzieś pomiędzy stadionem miejskim, kawałkiem osiedlowej zieleni i nowoczesnym budownictwem mieszkaniowym, najszczęśliwsi na świecie otworzyliśmy butelkę od Mariána Takáča.

Powiedzieliśmy życiu TAK.

Skąd to dziwne imię? – czyli wawrzyńcowe chrzciny.

Wawrzyniec. Ani to się nie klika, ani jakoś specjalnie łatwo nie wymawia. Na inne języki tłumaczy się dziwnie, bo przecież ani hiszpański Laurencio, ani francuski Laurent, a już tym bardziej szwedzki Lars za grosz nie przypominają polskiego, swojskiego Wawrzyńca. Tymczasem historia imienia naszego busa zaczyna się daleko poza Polską, poza Europą nawet, bo w odległej o tysiące kilometrów i ponad setkę lat XIX- wiecznej Brazylii.

Kupując Wawrzyńca na początku lata 2018 wiedzieliśmy, że to jeszcze nie będzie jego sezon. Nie planowaliśmy wspólnych wakacji. Miłosz kończył właśnie Polską Szkołę Reportażu. Wiele miesięcy ciężkiej pracy i nauki miał zwieńczyć tekst reporterski na samodzielnie wybrany temat. Ta dowolność tematu poniekąd Miłosza zgubiła. Pisanie od lat było jego pasją i chciał stworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Pośród dziesiątek tekstów o warszawskiej bohemie, problemach mniejszości seksualnych na polskiej prowincji i wynaturzeniach w kościele katolickim, jego praca miała być perełką. Czymś pozbawionym polskiego marazmu i szarzyzny, do czego przeciętny Kowalski nad poranną kawą najpierw się uśmiechnie, a potem zawoła żonę lub konkubinę.

Po wielu tygodniach poszukiwań tematu alfa, Kowalski Miłosza miał wołać: „Halinka, popatrz no! Polak pojechał do Brazylii odnaleźć swoją rodzinę!”

Dlaczego ja Wam właściwie o tym opowiadam? Już zmierzamy do brzegu. Tak samo jak w 1890 roku do brzegu brazylijskiego portu w Rio de Janeiro przybił statek z polskimi emigrantami. Wśród nich była rodzina Toporowiczów. Głowa rodu, Wawrzyniec Toporowicz przywiódł swoich najbliższych na daleki ląd, by dać im szansę na lepsze życie. Od nich zaczęła się fala zwana „Brazylijską gorączką”, w której swoje początki ma dzisiejsza brazylijska Polonia. To właśnie ich śladów w 2018 roku pojechał szukać ich daleki krewny – Miłosz Szymański, by móc później na łamach polskiej prasy opisać ich historię.

Skoro więc Wawrzyniec poprowadził go aż do samej Brazylii, wydawał się idealnym patronem dla naszego busa, który miał nas przecież prowadzić przez lata życiowej tułaczki. Tym bardziej, że śladami Wawrzyńca, Miłosz do Brazylii bezpiecznie dotarł, przemierzył szmat jej niezawsze łaskawego terytorium i wreszcie szczęśliwie z niej wrócił.

Reporter wraca do domu. Dom w tle.

A historia o znajdowaniu rodziny? Cóż, Kowalski do żony krzyczał na pewno, pod warunkiem, że czytuje Duży Format. Albo, przynajmniej czytuje wyborczą, a ten reporterski dodatek przypadkiem mignął mu… okładką do góry.

Okładka Dużego Formatu – kwiecień 2019.

Jesteście ciekawi tej brazylijskiej historii, od której wszystko się zaczęło, a dzięki której Wawrzyniec stał się właśnie Wawrzyńcem?

Link do treści artykułu znajdziecie o, tutaj.

Historia pewnego busa.

Vanlife. Coraz bardziej popularna w ostatnich latach idea życia w podróży. W kamperze lub vanie na niego przerobionym. Ze zwierzętami, z dziećmi, z pracą zdalną albo z oszczędności. Z planem na rok, na kilka lat, na całe życie albo bez planu. Przepisów na vanlife jest całe mnóstwo i bywają przeróżne. Tak samo jak ludzie, ich historie i powody, dla których zdecydowali się na tę, a nie inną formę życia.

Jak było z nami?

Jest 31 maja 2018 roku. Pierwszy dzień upalnego długiego weekendu. W kościele katolickim obchodzone jest Boże Ciało. My, chcąc wzmocnić nieco nasze własne ciała wybieramy się na wycieczkę rowerową na Kaszuby. Za metę obieramy Swornegacie, gdzie wieczorem odbywa się Festiwal muzyczny Ostoya. Do pokonania mamy ponad 100 kilometrów – cały dzień pedałowania. Nie spieszymy się, jedziemy leśnymi drogami, obok siebie, koło w koło. Jak zwykle dużo przy tym rozmawiamy. O planach, o życiu, o marzeniach. Tak naprawdę tego dnia znamy się dopiero pół roku i wciąż wielu rzeczy o sobie nie wiemy. Stopniowo odkrywamy karty. W pewnym momencie, niby mimochodem Miłosz wspomina, że zawsze marzyło mu się zamieszkać w samochodzie. Wyruszyć w podróż. Oderwać się od stałego adresu, dziennej rutyny. Zapomnieć o przewidywalności kolejnych dni.

O mało nie spadam z roweru. W tamtej chwili czuję, że ktoś czyta mi moje myśli na głos. Wyciąga z dawno zatrzaśniętej szuflady pragnienia, którym kazano o sobie zapomnieć. Bo przecież dokładnie o tym marzyłam kilka lat temu. Pamiętam, jak mieszkając jeszcze w moim rodzinnym mieście, przez parę tygodni zawzięcie oglądałam na allegro stare kampery i desperacko szukałam nadziei, że ten sen może się kiedyś ziścić. Wreszcie przytłoczona ich brakiem, dałam sobie spokój. Bo praca, bo pieniądze, bo przecież sama nie dam z tym wszystkim rady..

O niczym innym już tego dnia nie mówiliśmy.

Rozmarzone jezioro Swornegacie idealnie wpisywało się w nasze humory.

Minęło dokładnie 17 dni. Siedzę w pociągu relacji Poznań-Warszawa. Czytam książkę „Mniej” Marty Sapały, chcąc jak najwięcej nauczyć się o idei minimalizmu. Na 8m2 kampera nie zmieści się przecież wiele rzeczy. Jest niedziela. W ciągu minionego tygodnia zdążyłam już ofotografować i wystawić na lokalnych grupach wymiany sąsiedzkiej wszystko, co jak sądzę, już mi się nie przyda. Suszarkę do włosów, prostownicę, kilkanaście kilo ubrań, kilka par butów, rzadko używane sprzęty kuchenne, jakieś domowe bibeloty, nawet nadmiar kolorowych psich obróżek Dudu znalazł miejsce w fundacji na rzecz schroniskowych zwierząt. Czas wielkich reform w naszym sposobie myślenia zaczął się wielką czystką w stanie posiadania. Ten zaś, miał się za chwilę powiększyć o jeden, zasadniczy element.

Znalazłam go 3 dni wcześniej na otomoto. Pośród wszystkich niemrawych ogłoszeń komisów i zawodowych handlarzy jego opis był istną perełką. Auto z duszą. Poprzedni właściciel nazwał go Królikiem Madagaskaru, uznając że na „króla” jest trochę za malutki. O tym, skąd w ogóle wziął się ten Madagaskar, będziemy jeszcze opowiadać, bo to nieco dłuższa, a przy tym prawdziwie magiczna historia. Stał pod samym pałacem kultury i czekał na nowe życie. Pospiesznie wysłałam link Miłoszowi. Zakochał się równie prędko jak ja. Zadzwonił, umówił się, pojechał. Tym niedzielnym pociągiem miałam do niego dołączyć, byśmy wspólnie mogli obejrzeć auto i podjąć ostateczną decyzję. Bus tym razem czekał na nas pod smutnym PRL-owskim blokiem, na warszawskiej Pradze. Nie był idealny. W tej scenerii nie wyglądał ani trochę spektakularnie. Czuliśmy, że będzie od nas wymagał dużo pracy i cierpliwości. Prawda jest jednak taka, że nie przyjechaliśmy tam po ideał, ani nawet po żadne niepodjęte jeszcze decyzje. Przyjechaliśmy, by zabrać do domu… nasz nowy dom.

Pierwsze spojrzenie..
…miłość…
…i ruszyliśmy.

Początek v2.0

Dlaczego wersja 2.0? Choć nie ma to wiele wspólnego z cyframi składającymi się na rok 2020, to rzeczywiście bardzo ładny numerologiczny zbieg okoliczności. Nasz vanlife 2.0 otrzymał ten indeks dlatego, że nasza aktualna wyprawa, a w zasadzie ta, do której się aktualnie przygotowujemy jest już naszym drugim podejściem do nomadycznego życia w samochodzie. Ale to tym jeszcze będzie opowiadać.