Vukovar.

Kto już oglądał nasz pierwszy film z Chorwacji, ten widział zapewne piękne, ale smutne, podziurawione śladami wojny miasteczko Vukovar. Zwiedzaliśmy je na dwóch kołach, choć wyjeżdżając z naszej miejscówki jeszcze nie wiedzilismy, że wiedzie tam tak dobra i malownicza droga. Dopiero na miejscu sprawdziliśmy, co się oznaczają tabliczki z napisem Euro Velo 6.
Okazało się, że to znany europejski szlak rowerowy o długości ponad 3500km, zwany również Trasą Rzek. Wiedzie on od francuskiego wybrzeża Atlantyku, aż do Konstancy – rumunśkiego portu nad Morzem Czarnym. Odcinek, którym jechaliśmy przebiega wzdłuż Serbsko-Chorwackiej granicy, a co za tym idzie to jazda z widokiem na piękny Dunaj. Po drodze mijaliśmy też charakterystycznie rosnącą ku południowemu słońcu winorośl, a także przyjaźnie kiwające głowami pola słoneczników. Jeśli lubicie wycieczki rowerowe – polecamy serdecznie. 

Powiedzieliśmy „TAK”.

Życie to nie jest urlop, na który czekamy ani lepsze jutro, które ktoś nam obiecał, że jeszcze przyjdzie. Ono się dzieje tu i teraz. Nie będzie wielkiego wejścia, żadnej ceremonii otwarcia.
Ono czeka, aż je wreszcie dostrzeżemy.

Powiedzmy życiu „tak.” 

W naszym najnowszym filmie oficjalnie już mówimy „tak” i tłumaczymy co to słowo dla nas oznacza. Wypowiedzcie je razem z nami.

Czym dla Was jest Wasze „tak”? 🧡

Osijek – stolica Slavonii.

Wczoraj wieczorem opuściliśmy Osijek, a dla Was mamy jeszcze fotograficzny spacer po tym urokliwym mieście. Wiedzieliście, że jeszcze 200 lat temu to właśnie Osijek był największym miastem Chorwacji? Obecnie jest największym ośrodkiem miejskim w rejonie Slavonii, z której trochę już wyjeżdżamy, a trochę jednak nie.

Skąd ten dualizm?
Istnieją różne poglądy co do tego, czy do Slavonii zaliczać należy również rejon Srem, ze stolicą w Vukovarze, do którego właśnie się udajemy.
Ciekawostka: jesteśmy już tak blisko serbskiej granicy, że złapało nam serbską sieć. Uważajcie na to, bo opłaty za megabajt internetu poza UE bywają kosmiczne. 🙊

Serbia czy Chorwacja?

Ledwie pożegnaliśmy naszych wybawców sprzed roku, by już następnego dnia przekonać się, że aniołów stróżów mamy więcej. I że nie ma nic cenniejszego w podróży niż ktoś, kto się o Ciebie troszczy, choćby nawet wirtualnie.

Długo nie mogliśmy się zdecydować. Dokąd jechać z Węgier? Chorwacja czy Serbia?
Ta pierwsza kusiła nas cyjanowym morzem i wizją błogich, leniwych dni na wybrzeżu. Straszyła jednak przesadnym tłumem, tym duszącym klimatem turystycznego piekiełka w szczycie sezonu.
Ta druga nęciła głównie tym, jak niewiele o niej wiemy. Terra incognita, bez zgiełku, bez turystycznych atrakcji krzyczących do nas na każdym kroku, a z których i tak nie skorzystamy. Bo nasza podróż to nie wakacje. To styl życia. A chyba każdy w życiu pragnie chwili tylko dla siebie.

Podjęliśmy więc decyzję – jedziemy do Serbii. Jedziemy poznać nieznane. Popatrzeć na codzienne życie ludzi, a nie turystyczny hajlajf. Byliśmy już praktycznie na granicy, gdy napisała do nas Kasia.

Z jej wiadomości dowiedzieliśmy się, że dokładnie dzień wcześniej w Belgradzie wybuchły zamieszki podczas protestów przeciwko przywróconym obostrzeniom. W związku ze wzrostem zachorowań na wszyscy-już-wiemy-co władze Serbii ustanowiły godzinę policyjną i przywróciły zakaz zgromadzeń. Co chyba gorsze, przynajmniej z naszej perspektywy to fakt, że państwa ościenne zamknęły granice dla przyjezdnych z Serbii. Możliwe więc, że wjechawszy do niej, nie wyjechalibyśmy już nigdzie dalej, a przynajmniej nie prędko.

Dlatego, gdy to piszę, jesteśmy już w Chorwacji. Narazie w głębi lądu, z dala od wybrzeża, bo ta część kraju wydaje nam się zupełnie zapomniana. Chcemy odkryć i pokazać Wam Chorwację, o jakiej się nie mówi. Jakiej nie znajdziecie w kolorowych folderach biur turystycznych. Oczywiście, wybieramy się również nad Adriatyk, ale chcemy spojrzeć nieco głębiej. Bo Chorwacja to nie tylko plażing, smażing, sandały i dmuchane jednorożce.
To kraj z niesamowitą kulturą i historią.
Mamy nadzieję, że uda nam się o nim opowiadać choć w połowie tak pięknie, jak na to zasługuje. 🧡

Wsi węgierska, wsi wesoła.

Dzień dobry! Choć już niemalże stoimy w kolejce na przejściu granicznym, to w naszych sercach szumią jeszcze węgierskie pola słoneczników. Z tej okazji zabieramy Was na ostatni, krótki foto spacer po Perbálu i okolicy. Urokliwych wsiach i miasteczkach, gdzie w tajemniczych mikro domkach mieszka wino, a w każdym przydrożnym barze serwują szprycera w czterech różnych smakach tudzież szczepach.
Wspomnijcie z nami tę węgierską sielankę.🧡

Droga.

Czechy. Słowacja. Węgry. Na Węgrzech mała wioska pod Budapesztem. Perbál. To właśnie tutaj mamy swój pierwszy przystanek.

Droga. Wydawałoby się, że taka przeprawa przez trzy kraje, bez dłuższego postoju, autem, które jeździ maksymalnie 80km/h powinna być męcząca. Rzeczywiście, taka bywa. Jednak chłonę dziś tę drogę bardziej niż kiedykolwiek. Przesuwający się za szybą krajobraz staram się łapczywie uwiecznić na fotografii, ale najpiękniejsze widoki i tak uciekają, bo egoistyczny umysł podświadomie każe mi je oglądać tylko własnymi oczami, poza zasięgiem obiektywu. Mówi się, że życie jest drogą. Nigdy jeszcze nie czułam tego tak mocno jak teraz.

Dziś jesteśmy już u przyjaciół. W Perbálu. U ludzi, którzy dokładnie rok temu wyciągnęli do nas pomocną dłoń, gdy najbardziej jej potrzebowaliśmy. W kryzysowym momencie dali nam schronienie, a także kilka słów otuchy, nawet jeśli nie rozumieliśmy do końca ich języka. Spędziliśmy ponad miesiąc pod ich skrzydłami i ani przez chwilę nie poczuliśmy się jak intruzi.

Powitali nas jak rodzinę, która po długich miesiącach wróciła z daleka. Uściskali, jakbyśmy to my kiedyś uratowali im życie. Choć minął rok, we wsi wszyscy pamiętają nasze imiona, nawet imię psa Dudu. Pytają czy u Wawrzyńca z silnikiem już wszystko w porządku.

To właśnie daje nam vanlife. Tych cudownych ludzi, których nigdy byśmy nie spotkali przylatując na city break do Budapesztu. Którzy dali nam więcej, niż mielibyśmy odwagę poprosić, nie pytając co możemy dać im w zamian. Do których możemy wrócić po roku, tym samym starym Wawrzyńcem, gdy już niczego od nich nie potrzebujemy.
Tylko po to, by pokazać jak bardzo są dla nas ważni. 🧡

Krzywy Las.

Zainspirowani jednym z filmów Busem Przez Świat – Bus Around The World odwiedziliśmy dzisiaj Krzywy Las. To magiczne miejsce pod Gryfinem, gdzie drzewa rosną wygięte niczym w tańcu. Stojąc tam możemy odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w centrum jakiegoś leśnego balu, a jego rozkołysani uczestnicy, spłoszeni naszą obecnością jakby zastygli w bezruchu.

Tańczące drzewa w Krzywym Lesie.

Historia powstania tego miejsca jest jednak dużo mniej romantyczna. Podobno w czasach II wojny światowej, Niemcy prowadzili tu eksperymenty na drzewach. Chcieli sprawdzić, czy sadząc i podwiązując je w określony sposób uda się otrzymać obły kształt, gotowy do produkcji mebli, beczek i innych produktów stolarskich. Nie zachowały się jednak żadne dokumenty z tego okresu, mogące to potwierdzić, więc wszystko pozostaje w sferze domysłów i spekulacji.

Niezależnie od genezy powstania, klimat tego miejsca pozostaje nieco mistyczny i skłania do refleksji. Czy to natura tańczy pod dyktando człowieka? Czy może jednak wije się przebiegle, nie do końca dając się ujarzmić?
My zdecydowanie wolimy wierzyć w tę drugą wersję. 🌲🌲

Wspaniałe miejsce na niedzielny, rodzinny spacer.
Pieseł wyhasany to pieseł szcześliwy.

Wawrzyńcem w Szczecinie.

Dzisiejsze przedpołudnie spędziliśmy zwiedzając Szczecin. Spoglądamy na to miasto z dwóch różnych perspektyw, bo jedno z nas spędziło tam kawał studenckiego życia, a drugie przyjechało tam dziś po raz pierwszy.

Niemniej jednak wnioski mamy podobne. Szczecin to piękne i nieoczywiste miasto. W wielu miejscach zniszczone, pozostawione samo sobie. Ale zaraz w innych tętniące życiem, jakby już odrodzone po trudach historii. Urokliwe brukowane uliczki nie wiadomo kiedy przeistaczają się w industrialną strefę portową. Pomiędzy sowieckim budownictwem mieszkalnym raz po raz wyrastają zabytkowe budowle, a raczej to, co po nich zostało. To jakby miasto w mieście, dwa światy w jednym. Lekcja historii, na której nie wszystko omawiane jest po kolei.

W spacerze towarzyszył nam jak zawsze wspaniały Dudu Van Dog .
Jasne Błonia
Zwiastuny wiosny znalazły nas jeszcze w lutym.
Ptaki nad Urzędem Miasta.
Zima już nie wróci.
Największy kwiatuszek w całym parku.
Pełne uroku szczecińskie kamienice.
Kościół św. Wojciecha
Rezydencja i apel wolnożycjącego kota Gacka.
Gacek.
Miłosz dobrze wspomina ten bar z czasów studenckich. Wygląda kusząco, prawda?
Zamek Książąt Pomorskich.
Zamek Książąt Pomorskich.
Cukierowe kamieniczki na Rynku Siennym.
Port morski i chłopaki z Nawigatorem.
Nawigator.