Varaždin.

Do Varaždina wybraliśmy się w tym tygodniu już dwukrotnie. Ostatni raz wczoraj, na ratunek mojemu laptopowi, którego nieopacznie zalałam chorwackim winem, co gorsza bardzo przeciętnym.

Was zabieramy dziś w tę przyjemniejszą podróż, do miasta, które w XVIII wieku przez 20 lat było stolicą Chorwacji, by w 1776 roku doszczętnie spłonąć. I choć piękny zamek, będący kiedyś siedzibą chorwackiego bana, tę tragedię przetrwał, a resztę miasta odbudowano w naprawdę malowniczym stylu, książę przeniósł się do Zagrzebia i nigdy już z niego nie wrócił.

Mnie najbardziej kojarzy się z uroczymi, rumunśkimi miasteczkami Siedmiogrodu, a bliskość węgierskiej granicy nie jest tu zapewne przypadkiem. W tym miejscu Chorwację od Węgier oddziela Drawa, a wzdłuż niej biegnie kolejna trasa rowerowa, z której chce się zjeżdżać tylko po to, by przez chwilę zachłysnąć się otaczającym nas widokiem.🧡

Vukovar.

Kto już oglądał nasz pierwszy film z Chorwacji, ten widział zapewne piękne, ale smutne, podziurawione śladami wojny miasteczko Vukovar. Zwiedzaliśmy je na dwóch kołach, choć wyjeżdżając z naszej miejscówki jeszcze nie wiedzilismy, że wiedzie tam tak dobra i malownicza droga. Dopiero na miejscu sprawdziliśmy, co się oznaczają tabliczki z napisem Euro Velo 6.
Okazało się, że to znany europejski szlak rowerowy o długości ponad 3500km, zwany również Trasą Rzek. Wiedzie on od francuskiego wybrzeża Atlantyku, aż do Konstancy – rumunśkiego portu nad Morzem Czarnym. Odcinek, którym jechaliśmy przebiega wzdłuż Serbsko-Chorwackiej granicy, a co za tym idzie to jazda z widokiem na piękny Dunaj. Po drodze mijaliśmy też charakterystycznie rosnącą ku południowemu słońcu winorośl, a także przyjaźnie kiwające głowami pola słoneczników. Jeśli lubicie wycieczki rowerowe – polecamy serdecznie. 

Powiedzieliśmy „TAK”.

Życie to nie jest urlop, na który czekamy ani lepsze jutro, które ktoś nam obiecał, że jeszcze przyjdzie. Ono się dzieje tu i teraz. Nie będzie wielkiego wejścia, żadnej ceremonii otwarcia.
Ono czeka, aż je wreszcie dostrzeżemy.

Powiedzmy życiu „tak.” 

W naszym najnowszym filmie oficjalnie już mówimy „tak” i tłumaczymy co to słowo dla nas oznacza. Wypowiedzcie je razem z nami.

Czym dla Was jest Wasze „tak”? 🧡

Osijek – stolica Slavonii.

Wczoraj wieczorem opuściliśmy Osijek, a dla Was mamy jeszcze fotograficzny spacer po tym urokliwym mieście. Wiedzieliście, że jeszcze 200 lat temu to właśnie Osijek był największym miastem Chorwacji? Obecnie jest największym ośrodkiem miejskim w rejonie Slavonii, z której trochę już wyjeżdżamy, a trochę jednak nie.

Skąd ten dualizm?
Istnieją różne poglądy co do tego, czy do Slavonii zaliczać należy również rejon Srem, ze stolicą w Vukovarze, do którego właśnie się udajemy.
Ciekawostka: jesteśmy już tak blisko serbskiej granicy, że złapało nam serbską sieć. Uważajcie na to, bo opłaty za megabajt internetu poza UE bywają kosmiczne. 🙊

Serbia czy Chorwacja?

Ledwie pożegnaliśmy naszych wybawców sprzed roku, by już następnego dnia przekonać się, że aniołów stróżów mamy więcej. I że nie ma nic cenniejszego w podróży niż ktoś, kto się o Ciebie troszczy, choćby nawet wirtualnie.

Długo nie mogliśmy się zdecydować. Dokąd jechać z Węgier? Chorwacja czy Serbia?
Ta pierwsza kusiła nas cyjanowym morzem i wizją błogich, leniwych dni na wybrzeżu. Straszyła jednak przesadnym tłumem, tym duszącym klimatem turystycznego piekiełka w szczycie sezonu.
Ta druga nęciła głównie tym, jak niewiele o niej wiemy. Terra incognita, bez zgiełku, bez turystycznych atrakcji krzyczących do nas na każdym kroku, a z których i tak nie skorzystamy. Bo nasza podróż to nie wakacje. To styl życia. A chyba każdy w życiu pragnie chwili tylko dla siebie.

Podjęliśmy więc decyzję – jedziemy do Serbii. Jedziemy poznać nieznane. Popatrzeć na codzienne życie ludzi, a nie turystyczny hajlajf. Byliśmy już praktycznie na granicy, gdy napisała do nas Kasia.

Z jej wiadomości dowiedzieliśmy się, że dokładnie dzień wcześniej w Belgradzie wybuchły zamieszki podczas protestów przeciwko przywróconym obostrzeniom. W związku ze wzrostem zachorowań na wszyscy-już-wiemy-co władze Serbii ustanowiły godzinę policyjną i przywróciły zakaz zgromadzeń. Co chyba gorsze, przynajmniej z naszej perspektywy to fakt, że państwa ościenne zamknęły granice dla przyjezdnych z Serbii. Możliwe więc, że wjechawszy do niej, nie wyjechalibyśmy już nigdzie dalej, a przynajmniej nie prędko.

Dlatego, gdy to piszę, jesteśmy już w Chorwacji. Narazie w głębi lądu, z dala od wybrzeża, bo ta część kraju wydaje nam się zupełnie zapomniana. Chcemy odkryć i pokazać Wam Chorwację, o jakiej się nie mówi. Jakiej nie znajdziecie w kolorowych folderach biur turystycznych. Oczywiście, wybieramy się również nad Adriatyk, ale chcemy spojrzeć nieco głębiej. Bo Chorwacja to nie tylko plażing, smażing, sandały i dmuchane jednorożce.
To kraj z niesamowitą kulturą i historią.
Mamy nadzieję, że uda nam się o nim opowiadać choć w połowie tak pięknie, jak na to zasługuje. 🧡

Wsi węgierska, wsi wesoła.

Dzień dobry! Choć już niemalże stoimy w kolejce na przejściu granicznym, to w naszych sercach szumią jeszcze węgierskie pola słoneczników. Z tej okazji zabieramy Was na ostatni, krótki foto spacer po Perbálu i okolicy. Urokliwych wsiach i miasteczkach, gdzie w tajemniczych mikro domkach mieszka wino, a w każdym przydrożnym barze serwują szprycera w czterech różnych smakach tudzież szczepach.
Wspomnijcie z nami tę węgierską sielankę.🧡

Droga.

Czechy. Słowacja. Węgry. Na Węgrzech mała wioska pod Budapesztem. Perbál. To właśnie tutaj mamy swój pierwszy przystanek.

Droga. Wydawałoby się, że taka przeprawa przez trzy kraje, bez dłuższego postoju, autem, które jeździ maksymalnie 80km/h powinna być męcząca. Rzeczywiście, taka bywa. Jednak chłonę dziś tę drogę bardziej niż kiedykolwiek. Przesuwający się za szybą krajobraz staram się łapczywie uwiecznić na fotografii, ale najpiękniejsze widoki i tak uciekają, bo egoistyczny umysł podświadomie każe mi je oglądać tylko własnymi oczami, poza zasięgiem obiektywu. Mówi się, że życie jest drogą. Nigdy jeszcze nie czułam tego tak mocno jak teraz.

Dziś jesteśmy już u przyjaciół. W Perbálu. U ludzi, którzy dokładnie rok temu wyciągnęli do nas pomocną dłoń, gdy najbardziej jej potrzebowaliśmy. W kryzysowym momencie dali nam schronienie, a także kilka słów otuchy, nawet jeśli nie rozumieliśmy do końca ich języka. Spędziliśmy ponad miesiąc pod ich skrzydłami i ani przez chwilę nie poczuliśmy się jak intruzi.

Powitali nas jak rodzinę, która po długich miesiącach wróciła z daleka. Uściskali, jakbyśmy to my kiedyś uratowali im życie. Choć minął rok, we wsi wszyscy pamiętają nasze imiona, nawet imię psa Dudu. Pytają czy u Wawrzyńca z silnikiem już wszystko w porządku.

To właśnie daje nam vanlife. Tych cudownych ludzi, których nigdy byśmy nie spotkali przylatując na city break do Budapesztu. Którzy dali nam więcej, niż mielibyśmy odwagę poprosić, nie pytając co możemy dać im w zamian. Do których możemy wrócić po roku, tym samym starym Wawrzyńcem, gdy już niczego od nich nie potrzebujemy.
Tylko po to, by pokazać jak bardzo są dla nas ważni. 🧡

Skąd to dziwne imię? – czyli wawrzyńcowe chrzciny.

Wawrzyniec. Ani to się nie klika, ani jakoś specjalnie łatwo nie wymawia. Na inne języki tłumaczy się dziwnie, bo przecież ani hiszpański Laurencio, ani francuski Laurent, a już tym bardziej szwedzki Lars za grosz nie przypominają polskiego, swojskiego Wawrzyńca. Tymczasem historia imienia naszego busa zaczyna się daleko poza Polską, poza Europą nawet, bo w odległej o tysiące kilometrów i ponad setkę lat XIX- wiecznej Brazylii.

Kupując Wawrzyńca na początku lata 2018 wiedzieliśmy, że to jeszcze nie będzie jego sezon. Nie planowaliśmy wspólnych wakacji. Miłosz kończył właśnie Polską Szkołę Reportażu. Wiele miesięcy ciężkiej pracy i nauki miał zwieńczyć tekst reporterski na samodzielnie wybrany temat. Ta dowolność tematu poniekąd Miłosza zgubiła. Pisanie od lat było jego pasją i chciał stworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Pośród dziesiątek tekstów o warszawskiej bohemie, problemach mniejszości seksualnych na polskiej prowincji i wynaturzeniach w kościele katolickim, jego praca miała być perełką. Czymś pozbawionym polskiego marazmu i szarzyzny, do czego przeciętny Kowalski nad poranną kawą najpierw się uśmiechnie, a potem zawoła żonę lub konkubinę.

Po wielu tygodniach poszukiwań tematu alfa, Kowalski Miłosza miał wołać: „Halinka, popatrz no! Polak pojechał do Brazylii odnaleźć swoją rodzinę!”

Dlaczego ja Wam właściwie o tym opowiadam? Już zmierzamy do brzegu. Tak samo jak w 1890 roku do brzegu brazylijskiego portu w Rio de Janeiro przybił statek z polskimi emigrantami. Wśród nich była rodzina Toporowiczów. Głowa rodu, Wawrzyniec Toporowicz przywiódł swoich najbliższych na daleki ląd, by dać im szansę na lepsze życie. Od nich zaczęła się fala zwana „Brazylijską gorączką”, w której swoje początki ma dzisiejsza brazylijska Polonia. To właśnie ich śladów w 2018 roku pojechał szukać ich daleki krewny – Miłosz Szymański, by móc później na łamach polskiej prasy opisać ich historię.

Skoro więc Wawrzyniec poprowadził go aż do samej Brazylii, wydawał się idealnym patronem dla naszego busa, który miał nas przecież prowadzić przez lata życiowej tułaczki. Tym bardziej, że śladami Wawrzyńca, Miłosz do Brazylii bezpiecznie dotarł, przemierzył szmat jej niezawsze łaskawego terytorium i wreszcie szczęśliwie z niej wrócił.

Reporter wraca do domu. Dom w tle.

A historia o znajdowaniu rodziny? Cóż, Kowalski do żony krzyczał na pewno, pod warunkiem, że czytuje Duży Format. Albo, przynajmniej czytuje wyborczą, a ten reporterski dodatek przypadkiem mignął mu… okładką do góry.

Okładka Dużego Formatu – kwiecień 2019.

Jesteście ciekawi tej brazylijskiej historii, od której wszystko się zaczęło, a dzięki której Wawrzyniec stał się właśnie Wawrzyńcem?

Link do treści artykułu znajdziecie o, tutaj.

Krzywy Las.

Zainspirowani jednym z filmów Busem Przez Świat – Bus Around The World odwiedziliśmy dzisiaj Krzywy Las. To magiczne miejsce pod Gryfinem, gdzie drzewa rosną wygięte niczym w tańcu. Stojąc tam możemy odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w centrum jakiegoś leśnego balu, a jego rozkołysani uczestnicy, spłoszeni naszą obecnością jakby zastygli w bezruchu.

Tańczące drzewa w Krzywym Lesie.

Historia powstania tego miejsca jest jednak dużo mniej romantyczna. Podobno w czasach II wojny światowej, Niemcy prowadzili tu eksperymenty na drzewach. Chcieli sprawdzić, czy sadząc i podwiązując je w określony sposób uda się otrzymać obły kształt, gotowy do produkcji mebli, beczek i innych produktów stolarskich. Nie zachowały się jednak żadne dokumenty z tego okresu, mogące to potwierdzić, więc wszystko pozostaje w sferze domysłów i spekulacji.

Niezależnie od genezy powstania, klimat tego miejsca pozostaje nieco mistyczny i skłania do refleksji. Czy to natura tańczy pod dyktando człowieka? Czy może jednak wije się przebiegle, nie do końca dając się ujarzmić?
My zdecydowanie wolimy wierzyć w tę drugą wersję. 🌲🌲

Wspaniałe miejsce na niedzielny, rodzinny spacer.
Pieseł wyhasany to pieseł szcześliwy.