Przed remontem.

Ostatnio pokazywaliśmy Wam jak mieszkamy.

Dziś pomyśleliśmy, że chcielibyście zobaczyć jak to było „przed”. W jakim Wawrzyńcu mieszkaliśmy przez pierwszy rok naszej wspólnej przygody i w jakim wychowały się nasze kocięta. Zdjęcia ze względu na nieco gorszy sprzęt są czasem kiepskiej jakości, a na niektórych możecie zastać bałagan. Robiąc je, nigdy nie sądziliśmy, że będziemy je komuś pokazywać, więc pokazują nasze życie w Wawrzyńcu bez retuszu. Bo prawdziwe życie, czy to w przestronnym domu, w mieszkaniu, czy w samochodzie to nierzadko jeden wielki rozgardiasz. Niedoprasowana firanka i koci włos w pościeli. Sterta ubrań tam, gdzie nie powinno jej być, czy walający się bez ładu kubek po kawie.
Ale gdy tę poranną kawę zrobił Ci ktoś, kto Cię kocha, gdy zza tej firanki wystaje plaża nad Morzem Czarnym, a te kocie włosy to wszystko wina tego, że uratowałeś komuś życie.. to życie właśnie nabiera sensu.

Do zwiedzania „starego” Wawrzyńca ze swojego dzieciństwa (kociństwa? 😉) zapraszają Was malutcy Stefan i Staś. 🧡

Wspomnienie węgierskiego lata

Rok temu o tej porze zatrzymała nas poważna awaria silnika. Podczas gdy Wawrzyniec stał w warsztacie, my spędziliśmy okrągły miesiąc mieszkając w… garażu!

Dobrzy ludzie, który wyciągnęli nas z chmury czarnego dymu i zaholowali do swojego ogródka pomogli nam znaleźć mechanika w Budapeszcie, a potem z bólem serca oznajmili, że niestety nie mają dodatkowego pokoju w którym mogliby nas ugościć, ale mogą zaoferować nam właśnie swój garaż. Obiecali urządzić w nim lokum, w którym będziemy mogli swobodnie przeczekać naprawę auta. Do dziś pamiętam ten kamień spadający z naszych serc i głów, które już kalkulowały ile wyniesie nas kilka tygodniu w hotelu, 15 kilometrów od Budapesztu i to w dodatku z psem. Bence, nasz węgierski wybawiciel jeszcze tego samego dnia, gdy odholowaliśmy Wawrzyńca do majstra, przywiózł nam garażowe meble. Mieliśmy aneks z kuchenka gazowa, stoliki do pracy a nawet łóżko na stelażu z palet. Dla nas, na codzień mieszkających w samochodzie metraż wydawał się wręcz luksusowy.

Owszem, było ciężko. To uczucie uwięzienia w jednym miejscu zaledwie miesiąc po tym jak rozpoczęliśmy naszą podróż marzeń przytłaczało nas z każdym dniem coraz bardziej. Tym bardziej, że od początku nie wiedzieliśmy ile dokładnie potrwa naprawa. Nikt nam nigdy nawet nie powiedział że na pewno się uda. Każdy poranek niósł promyk nadziei, że to dziś. Że zadzwonią, że można go odebrać. Każdy wieczór niósł rozczarowanie, niepewność i kolejne butelki wypitego na smutno węgierskiego wina.

Jednak ta historia ma szczęśliwe zakończenie. O tym jeszcze kiedyś napiszemy. Dziś jednak, patrząc na tę „tragedię” rok później czujemy wdzięczność. Mieliśmy ogromne szczęście. Znaleźliśmy się w obcym miejscu zupełnie bezradni i ktoś o nas dbał. Nie tylko pomógł jednorazowo, ale otoczył opieką od samego początku i obiecał nie odchodzić, dopóki nie będzie pewien, że jesteśmy bezpieczni.

Dziś wyruszając w naszą drugą już podróż życia jesteśmy spokojni. Nie boimy się, że coś pójdzie niezgodnie z planem. Na pewno coś nie pójdzie. Plany są największym wrogiem przygody. Tym samym mamy ogromną wiarę w ludzi. W to, że z natury są po prostu dobrzy. I jeśli zdążyliśmy już zrobić coś dobrego dla świata, to na pewno do nas wróci. 🧡

Jak to się zaczęło?

W maju 2019 wyruszyliśmy po raz pierwszy. Wtedy jeszcze we troje, czyli Miłosz, Daria i pies Dudu. Pełni zapału, nadzieji i pozbawieni jakiegokolwiek zdrowego rozsądku wyruszyliśmy z podpoznańskiego Swarzędza, na podbój naszej krainy marzeń.

2 maja 2019. Wyjeżdżamy ze swarzędzkich bloków.

Jako pierwsza zatrzymała nas awaria wstecznego. Jechaliśmy do znajomych na działkę. Nawigacja z głównej trasy kazała nam zboczyć w wąską, leśną ścieżkę. Do celu pozostało nie więcej jak 20 km, więc zaryzykowaliśmy. Zeszłoroczna wiosna obfitowała w ataki wichur i burz. Za kolejnym zakrętem zrobiło się już tak wąsko, że nasz bus ledwie mógł przejechać. Ostatecznie zawracać kazało nam zwalone na drogę drzewo.

Jednak zawracać nie było jak. Wsteczny kategorycznie odmówił współpracy. Bijąca w twarze ulewa i podmokłe podłoże zniechęcały do dalszych desperackich prób ratowania się z tej pułapki (z pchaniem prawie 3-tonowego auta włącznie). Pół biedy, że jechaliśmy akurat do znajomych na grilla. Bus pełen był piwa, pieczywa i świeżych warzyw.

Nad ranem Miłosz złapał za siekierę i przerąbał blokujące nas drzewo. Ponieważ wciąż mogliśmy jechać tylko do przodu, doturlaliśmy się do najbliższej polany, tuż nad rzeką. Teren był śliski i grząski, a nasze auto, standardowo, niezbyt sterowne. W kryzysowym punkcie nawracania, w butach do wysokogórskiej wspinaczki, Miłosz jakimś cudem zdołał je popchnąć, tak, że zatoczyło pełne koło. Byliśmy ocaleni.
Przynajmniej na jakiś czas.

Droga przed nami była piękna i wyboista.
3 maja przypadały akurat adopcinki psa Dudu. ❤