Wawrzyńcem ze Zwierzyńcem.

Wawrzyńcem ze Zwierzyńcem! 🧡
– krzyknęłam triumfalnie, gdy dumaliśmy pewnego wieczora nad formą i treścią tej serii. Trochę to tak, jakby Wawrzyńcowi już od samego początku, od chwili nadania imienia, pisany był ten piesko-koci los.

Może one też to czują? Może to właśnie dlatego zmęczone po całym dniu zdjęciowym, mając do dyspozycji wielki, porośnięty łąką klif, gnieżdżą się wszystkie na ciasnym tapczanie pod Wawrzyńcowym dachem? Wielu ludzi nie rozumie, jak można samochód nazywać domem. One jakoś nie widzą w tym problemu.

Ten film bardzo wiele dla nas znaczy. Jeśli to prawda, że emocje niweczą profesjonalizm, to tym razem może być bardzo nieprofesjonalnie.
Zresztą.. zobaczcie sami.

Kocie historie.

25 lipca. Dokładnie rok temu. Nasza pierwsza wyprawa Wawrzyńcem. Dzień wcześniej przekroczyliśmy granicę Rumunii z Mołdawią. Martwiłam się, jak to będzie z Dudu. To była jego pierwsza podróż poza Unię. Mołdawianie na granicy nie przeoczyli jego obecności. Byli zauroczeni, ale też w lekkim szoku, widząc, że taka sabaczka jeździ po świecie kamperem.

Mołdawia to szalenie biedny kraj. Trudno jest oceniać zachowanie ludzi wobec zwierząt, kiedy sami żyją często poniżej poziomu, który my przyjmujemy za kryterium godności. Choć jak wszędzie, żyją tam i dobrzy i trochę gorsi ludzie, to jednak krzywda – ta zwierzęca i ich własna wynika z reguły z nieświadomości. Z braku środków, edukacji i z utartych mechanizmów, które od lat jako tako „działają”.

Sabaczki w Mołdawii nie podróżują. Siedzą przy budzie na ciężkim łańcuchu, mając odstraszyć złodzieja. W brudnych miskach mają wodę i suchy chleb. O koty w ogóle nikt nie dba. Dają sobie radę, łapią myszy. Pod warunkiem, że nie mają niespełna 3 miesięcy, a ich matka nie zginie potrącona przez auto.

25 lipca. Była piątkowa noc. Ich wycieńczone ciałka ledwie mogły wydać z siebie ten rozpaczliwy dźwięk, który usłyszeliśmy wracając do wsi. W przerzedzonej sierści kłębiły się całe kolonie robactwa. Zaropiałe oczka chyba ledwie nas widziały, a jednak tyle wystarczyło. Staś pierwszy zawołał o pomoc.

Tamtej nocy co chwilę budziłam się, mając nadzieję, że dożyją rana. Nakarmienie ich karmą dla dorosłych psów nie było mądre, ale w tamtej chwili nie mieliśmy nic innego. Jadły jak oszalałe. Obudziły się następnego dnia. Pełne nadziei przyszły po więcej. Jakby już wiedziały, że kamper to miejsce, gdzie jest jedzenie. Gdzie jest sucho, bezpieczno, a starszy brat Dudu obszczekuje obce psy. Gdzie nikt nie trzyma siłą i skąd nikt nie przegania.
Że kamper Wawrzyniec to Dom.

Dziś od tamtej nocy minął rok. Stefan i Staś nadal wiedzą te wszystkie rzeczy. Nadal drwią z cudzych psów, siedząc ostantacyjnie w sypialnianym oknie.
I nadal, od czasu do czasu, jakby z sentymentu, z Dudełkowej miski wyżerają psią karmę. 🧡

Kocie relacje.

Wielu z Was pyta, jak w podróży radzimy sobie z kotami. Cóż, to nie jest tak, że my radzimy sobie z nimi. Po prostu, radzimy sobie wszyscy razem.

Staś i Stefan to Mołdawianie. Gdy w ubiegłym roku podróżowaliśmy po tym nikomu prawie nieznanym kraju, znaleźliśmy ich przy drodze. Byli wtedy dzieciakami, na oko 3-miesięcznymi, na granicy śmierci głodowej i zostania zjedzonym przez robaki. Na mołdawskiej wsi, gdzie już sami ludzie walczą o przetrwanie, nikogo ten widok nie rozczulał. Nie mieliśmy lepszego pomysłu co z nimi począć, więc zostały z nami. Na początek na miejscu, w owej wsi o nazwie Cotova, byśmy mieli pewność, że nikt ich nie szuka oraz, że przeżyją kolejne 3 doby. Gdy to się udało, w powiększonym składzie ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przez kolejne 3 miesiące podróżowały z nami Wawrzyńcem, aż wszyscy razem jesienią wróciliśmy do Polski. Myślę, że trafiliśmy na wyjątkowo mądre koty. Od początku poukładały sobie w swoich małych łepetynach, że ich dom ma koła i jeździ. I że trzeba się go pilnować, bo może odjechać bez nich. Nigdy nie zdarzyło się, by zniknęły nam z pola widzenia na dłużej niż kilka godzin. Oczywiście, to nie jest tak, że mówię „Stefan, idź pobiegaj, o 14 wyjeżdżamy.” i Stefan o 13:50 maluje się przy drzwiach. Ale zawsze wiemy, że do nas wróci, w najgorszym razie opóźniając nam ów wyjazd do 15:30.

Czy próbowaliśmy smyczy? Oczywiście. Czy się udało? Ani trochę.

Ciężko nam było wyczuć granicę kiedy troska przeradza się w działanie, które czyni żywe stworzenie nieszczęśliwym. Nie chcieliśmy karmić się myślą, że skoro już zawdzięczają nam życie to musi im to wystarczyć. Budowaliśmy nasze relacje na bazie wzajemnego zaufania i jedyne, czym manipulowaliśmy to otoczenie – z dala od dróg, ludzi i obcych zwierząt – stwarzające bezpieczne warunki dla ich upragnionej wolności.

Nie wiem czy jest to model idealny, ale wiem, że u nas działa. Wierzę, że kiedy bardzo kogoś kochamy, szanse, że nas opuści tylko dlatego, że może są raczej znikome. 🧡
Jednak gdy próbujemy zamknąć go w klatce, te szanse zaczynają rosnąć.

Stefan.

Stefan jest zdecydowanie najbardziej nieśmiałą i niezależną częścią naszej ekipy. Może też dlatego jest mi tak bliski, bo wiem jak to jest, gdy najbardziej na świecie pragniesz pozostać niezauważonym.

Pewnie też dlatego czuję się tak wyjątkowo, gdy czasem nad ranem przychodzi umościć się na mojej poduszce i wtula pyszczek w moje włosy.
Bo wiem, że ktoś, czyje serce trudno otworzyć – gdy już się to zrobi – kocha całym, najmocniej jak potrafi. 🧡

Dzień Psa.

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Psa. To dla mnie niezwykle ważny dzień.

Życie niejednokrotnie nauczyło mnie, że ludzie przychodzą i odchodzą. Przynajmniej większość z nich. Czasami nawet ci z pozoru najbliżsi. Niektórzy dlatego, że już nas nie potrzebują, inni, ponieważ nie podoba im się to kim się stajemy. Jeszcze inni w którymś momencie stwierdzają, że już nie zasługujemy na ich miłość. Jakby to był jakiś abonament, którego zapomnieliśmy opłacić. Moje wewnętrzne dziecko nieraz zapłakało nad tym, że uczucia, które uważałam za gwarantowane na zawsze, wcale takie nie były. Tych, na których mogłam liczyć bezwarunkowo, odnalazłam dopiero jako dorosły człowiek. Nie wszyscy są ludźmi. Pierwszym z nich był pies Dudu.

Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy Dudu czuł wobec mnie przede wszystkim strach. Tak samo jak wobec wszystkiego, co go otaczało. Nieszczególnie się mu dziwiłam, bo też bym się siebie bała – niepewnej, dwudziestokilkuletniej dziewczyny, która nagle uznała, że zdoła otoczyć opieką kogoś z tak dramatycznie złamanym sercem. Dudu też już nikomu nie ufał i nie wierzył, że coś nam jest w życiu dane na zawsze. Pogodził się z losem i starał się polubić ten schroniskowy boks, z którego wielki świat można było bezpiecznie oglądać zza kraty. Niechętnie z niego wychodził, gdy pewnego dnia po prostu oznajmiłam mu, że oto jedziemy do domu.

Uczyliśmy się siebie i trwało to długo. Dłużej niż myślałam, że dam radę, podpisując jego papiery adopcyjne. Uczyliśmy się ufać, wyznaczać granice i krótkimi jak Dudełkowe łapki kroczkami te granice przekraczać. Aż pewnego dnia wróciłam do domu, a on zamerdał ogonem.

Potem, gdy kiedyś siedziałam smutna położył mi pysk na kolanie. Wtoczyl swój zadek obok mnie na kanapę i ciężko westchnąl, jakby doskonale rozumiał, co się dzieje w mojej głowie. W tamtej chwili poczułam, że oto jesteśmy. Ja jego i on mój. Cokolwiek by się nie działo. I że tak już zostanie.

Dziś Dudu jest psim podróżnikiem. Z zalęknionego, zgarbionego stworzenia stał się radosnym, rozmerdanym kundelkiem, który każdemu już z daleka biegnie na powitanie. Przed obcymi psami chroni swoje koty i wyjątkowych natrętów potrafił nieraz już pogonić. Dziś w oczach Dudu widać bezdenną chęć życia. Nauczył się kochać i ufać. Nauczył tego też mnie. Jestem z niego dumna, jak z niczego na świecie.
Wszystkiego najlepszego, piesku. 🧡

Mieszkanie na polanie.

Mieszkamy dziś na domyślnej tapecie Windowsa. Z tym, że za naszym pagórkiem jest plaża. Na plaży leżą muszelki, psie łapki odbijają pieczątki w mokrym piasku, a wzdłuż lądu, rzeką Narwią całymi wielkimi rodzinami pływają łabędzie. Tak jakby u nich czerwiec też oznaczał sezon weselny.

Chociaż pogoda dziś nie rozpieszczała, pod wieczór wróciło do nas słońce. Wysuszyło przemoczone ubrania i buty. Otuliło zmokłe psie i kocie futra i pozwoliło nam obejrzeć nasz dzisiejszy przydomowy ogród.
W tych kilku zdjęciach zabieramy Was na spacer po nim.
Oprowadzają jak zwykle:
Dudu, Stefan i Staś. 🧡

Zwierzyniec na wolności.

Jeszcze nigdzie daleko nie pojechaliśmy, a ja już nie mogę się napatrzeć na nasze zwierzaki. Eksplorują, węszą, nasłuchują. Nagle z czterech ścian w bloku otrzymały cały koncert bodźców, którymi nie mogą się nasycić. Bawią się ze sobą. Zdaje się, że czasem do siebie nawołują, jakby chciały pokazywać sobie nawzajem co znalazły. Tropią, śledzą jedno drugie. Już całkowicie zapomniały, że dzielą je jakieś różnice gatunkowe. Gdy jedno zeskakuje z drzewa lub wygramala się z wody, reszta stada wita je entuzjastycznie jakby wyjechało gdzieś na tydzień i dopiero wróciło. W zależności od preferencji – czułym ocieraniem lub lizaniem po pysku.

Są szczęśliwe – skąd wiem? To widać.
Przecież się uśmiechają. 🧡