Powiedzieliśmy „TAK”.

Życie to nie jest urlop, na który czekamy ani lepsze jutro, które ktoś nam obiecał, że jeszcze przyjdzie. Ono się dzieje tu i teraz. Nie będzie wielkiego wejścia, żadnej ceremonii otwarcia.
Ono czeka, aż je wreszcie dostrzeżemy.

Powiedzmy życiu „tak.” 

W naszym najnowszym filmie oficjalnie już mówimy „tak” i tłumaczymy co to słowo dla nas oznacza. Wypowiedzcie je razem z nami.

Czym dla Was jest Wasze „tak”? 🧡

Bez pośpiechu.

Coraz częściej zdarza nam się wstać wraz ze słońcem, nie marnując z dnia ani godziny. To chyba dobry znak. Myślę, że dopiero żyjąc życiem, które naprawdę kocha, człowiek podświadomie zaczyna być tak zachłanny, że stara się przespać z niego jak najmniej.
Chociaż dobrego snu nam nie brakuje, szczególnie w tak malowniczych miejscach, jakie wschodnia Chorwacja zaoferowała nam w ostatnich dniach.
Codziennie rano zagapiam się z głupim uśmiechem na nasze zwierzaki, hasające gdzieś nad rzeką lub polujące na owady.
I zaczynam rozumieć co czuje istota, która donikąd się nie spieszy.

Dzień Psa.

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Psa. To dla mnie niezwykle ważny dzień.

Życie niejednokrotnie nauczyło mnie, że ludzie przychodzą i odchodzą. Przynajmniej większość z nich. Czasami nawet ci z pozoru najbliżsi. Niektórzy dlatego, że już nas nie potrzebują, inni, ponieważ nie podoba im się to kim się stajemy. Jeszcze inni w którymś momencie stwierdzają, że już nie zasługujemy na ich miłość. Jakby to był jakiś abonament, którego zapomnieliśmy opłacić. Moje wewnętrzne dziecko nieraz zapłakało nad tym, że uczucia, które uważałam za gwarantowane na zawsze, wcale takie nie były. Tych, na których mogłam liczyć bezwarunkowo, odnalazłam dopiero jako dorosły człowiek. Nie wszyscy są ludźmi. Pierwszym z nich był pies Dudu.

Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy Dudu czuł wobec mnie przede wszystkim strach. Tak samo jak wobec wszystkiego, co go otaczało. Nieszczególnie się mu dziwiłam, bo też bym się siebie bała – niepewnej, dwudziestokilkuletniej dziewczyny, która nagle uznała, że zdoła otoczyć opieką kogoś z tak dramatycznie złamanym sercem. Dudu też już nikomu nie ufał i nie wierzył, że coś nam jest w życiu dane na zawsze. Pogodził się z losem i starał się polubić ten schroniskowy boks, z którego wielki świat można było bezpiecznie oglądać zza kraty. Niechętnie z niego wychodził, gdy pewnego dnia po prostu oznajmiłam mu, że oto jedziemy do domu.

Uczyliśmy się siebie i trwało to długo. Dłużej niż myślałam, że dam radę, podpisując jego papiery adopcyjne. Uczyliśmy się ufać, wyznaczać granice i krótkimi jak Dudełkowe łapki kroczkami te granice przekraczać. Aż pewnego dnia wróciłam do domu, a on zamerdał ogonem.

Potem, gdy kiedyś siedziałam smutna położył mi pysk na kolanie. Wtoczyl swój zadek obok mnie na kanapę i ciężko westchnąl, jakby doskonale rozumiał, co się dzieje w mojej głowie. W tamtej chwili poczułam, że oto jesteśmy. Ja jego i on mój. Cokolwiek by się nie działo. I że tak już zostanie.

Dziś Dudu jest psim podróżnikiem. Z zalęknionego, zgarbionego stworzenia stał się radosnym, rozmerdanym kundelkiem, który każdemu już z daleka biegnie na powitanie. Przed obcymi psami chroni swoje koty i wyjątkowych natrętów potrafił nieraz już pogonić. Dziś w oczach Dudu widać bezdenną chęć życia. Nauczył się kochać i ufać. Nauczył tego też mnie. Jestem z niego dumna, jak z niczego na świecie.
Wszystkiego najlepszego, piesku. 🧡

PodróżoVanie.

Gdybym mogła powiedzieć o nich tylko jedno zdanie, powiedziałabym: Nikt wcześniej nie dodał mi w życiu tyle odwagi. 🧡

Na szczęście mogę powiedzieć więcej. Bo spędziwszy z drugim człowiekiem kilka długich wieczornych godzin można dowiedzieć się o nim wiele. Można też nie dowiedzieć się nic. Kasia i Łukasz to tacy ludzie, których spotykasz i masz wrażenie, że znacie się od dziecka. Nie tylko dlatego, że kojarzysz ich z youtuba. To ci ludzie, których chce się słuchać i uczyć z ich doświadczenia. Którzy pokażą Ci świat swoimi oczami, bez sprawiania, że poczujesz się jak maleńki uczniak. Wprost przeciwnie. Przy nich poczułam, że wszyscy jesteśmy tak samo ważni i że nasze historie to coś, czego się nie porównuje, ale się tym dzieli. Tak samo jak podzieliliśmy się wegańskim sushi, winami z różnych zakątków świata i patentami na ulepszenie naszych mobilnych domów. Na koniec podzieliliśmy się uśmiechem i dużą dawką nadziei, z którymi pragnę patrzeć w przyszłość, dokądkolwiek ona prowadzi .

Bardzo Wam za to dziękujemy.

I choć dopiero co się pożegnaliśmy, mamy nadzieję, że nasze drogi przetną się jeszcze nie raz. 🧡

Już nie zawracamy.

Właśnie dobiega końca nasz ostatni weekend w Polsce. Oczywiście pod warunkiem, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Wielokrotnie już przekonaliśmy się, że plany warto mieć, ale żeby się do nich od razu jakoś mocno przywiązywać? – niekoniecznie.

Tym bardziej trudny był dla nas ten ostatni tydzień. Pełen wrażeń, nadziei, tych chwil, kiedy tętno przyspiesza w reakcji na obraz, który powstał jedynie w naszej głowie.
Ten obraz nigdy sam się nie ziści. Musimy mu pomóc.
Dziś myślę, że najtrudniejsze decyzje to właśnie te, oparte o plany, które mogą nie wyjść. Decyzje, które mają sprzyjać spełnianiu marzeń, ale mogą się równie dobrze zakończyć bolesnym upadkiem. Co gorsza, w życiu nie ma jazdy próbnej. Nie dowiemy się, póki nie spróbujemy.
Bardzo w takich chwilach pomaga, kiedy czujemy się w naszym życiu bezapelacyjnie nieszczęśliwi. Łatwiej jest wówczas postawić wszystko na jedną kartę. Powiedzieć sobie „co mam do stracenia?”.

Co jeśli jednak czujemy, że wcale nie jest tak źle? Jeśli wiemy, że wielu ludzi bardzo chciałoby być w naszej skórze? Może to zwykła zuchwałość, że wciąż chcemy czegoś innego? Może to ze mną jest coś nie tak?

Wielokrotnie przez moją głowę przemykały te pytania, starając się jakoś ujarzmić ten wewnętrzny zew żądający radykalnych zmian. Straciłam kilka włosów i nerwów, nie znalazłam odpowiedzi, a zew nadal wył.

Czasem największym pocieszeniem bywa myśl w gruncie rzeczy smutna. Tak było w moim przypadku.
„Mam tylko jedno życie.” – pomyślałam. Mogę je spędzić odważnie, sama ustalając zasady, albo w bezpiecznej świadomości, że spełniam wytyczne wszystkich dookoła. Mogę być kiedyś siwą jak gołąbek staruszką, mówiąca, że te zmarszczki to od tego, że za dużo się śmiałam. Mogę też nie mówić nic i każdy sam wpadnie, że to ze zgryzoty.

Ostatnio jechałam pociągiem z pewną starszą panią. Przez całą drogę Poznań – Warszawa nie przestawała mówić. Chciała, by ktoś wysłuchał jej historii, a ja byłam jednym wielkim uchem. Opowiedziała mi kawał swojego życia. To co zwróciło moją uwagę, to że wspominała tylko te naprawdę ważne momenty. O tym jak się zakochała. Jak z miłości ruszyła za mężem w nieznane. O bohaterskich czynach swoich najbliższych. O odwadze właśnie.

Z tej rozmowy wyciągnęłam jedną ważną lekcję. W życiu częściej żałujemy tego, czego nie zrobiliśmy. Jeśli zrobimy coś głupiego, to po prostu wyniknie z tego inna historia. Pani Gosia wielokrotnie użyła słów „tak strasznie się bałam, wie pani, ale udało się! „.
Teraz się trzymam mocno tych słów i przytulam je mocno, gdy głos zwątpienia każe mi zawrócić.

Już nie zawracamy.
Trzymajcie za nas kciuki. 🧡

Zielony dom.

Nocujemy dzisiaj w najzieleńszym hotelu na świecie. Piękny, mazowiecki las otulił nas gałęziami swoich drzew tworząc wokół okien naturalne girlandy. Wiele osób marzy by mieć kiedyś domek z bali. My mieszkamy w domku pośród bali, które nadal żyją. Przed kolejnym trudnym tygodniem to miejsce to istny gabinet terapeutyczny dla naszych przeciążonych pomysłami głów i skołatanych od emocji serc. Czasem w natłoku myśli ciężko jest odnaleźć te prawdziwe, mające źródło wyłącznie w naszych własnych odczuciach i przekonaniach. Bardzo często próbują je zagłuszyć powszechnie wyznawane prawdy i oczekiwania z zewnątrz.

Podobno by usłyszeć własne serce trzeba przytulić ucho do drzewa. Pulsujący w korze głos stanie się wówczas naszym własnym echem. Bardzo tego echa dzisiaj potrzebuję.

Jeszcze dwa kółka.

Gdzie Wawrzyniec nie może.. tam dojeżdżamy rowerem! 🚴‍♂️🚴‍♀️

Pasją do dwóch kółek zaraził mnie Miłosz. Wcześniej rower był jedynie czymś, czym można dojechać do pracy, albo wyskoczyć na godzinkę do pobliskiego lasu. Dopiero z nim odkryłam, że to może być sposób na podróżowanie samo w sobie.

Rower nierzadko zabierze nas dalej niż nogi, a także pokaże widoki, których nie pokaże auto. Pozwoli poruszać się po ruchliwym centrum miasta (co Wawrzyńcem bywa okrutnie uciążliwe), a także po wyboistych wertepach matki natury.

Dla nas rower to także sposób na rozładowanie codziennych stresów i zebranie myśli. Najważniejsze pomysły i decyzje, które odmieniły nasze życie zrodziły się właśnie podczas wspólnych wypraw – także ta o zakupie Wawrzyńca. 🧡

To taki reset dla emocji, akumulator dla kreatywności, a przy tym wspaniała wymówka, by z czystym sumieniem wciągnąć wielkiego falafla od samego Króla Kebabów w Radzyminie.
To też dziś uczyniliśmy.

P. S. Z całych serc polecamy RELAX KEBAB Radzymin 🌮👌

Mieszkanie na polanie.

Mieszkamy dziś na domyślnej tapecie Windowsa. Z tym, że za naszym pagórkiem jest plaża. Na plaży leżą muszelki, psie łapki odbijają pieczątki w mokrym piasku, a wzdłuż lądu, rzeką Narwią całymi wielkimi rodzinami pływają łabędzie. Tak jakby u nich czerwiec też oznaczał sezon weselny.

Chociaż pogoda dziś nie rozpieszczała, pod wieczór wróciło do nas słońce. Wysuszyło przemoczone ubrania i buty. Otuliło zmokłe psie i kocie futra i pozwoliło nam obejrzeć nasz dzisiejszy przydomowy ogród.
W tych kilku zdjęciach zabieramy Was na spacer po nim.
Oprowadzają jak zwykle:
Dudu, Stefan i Staś. 🧡

Rocznica.

Kilka dni temu pokazaliśmy Wam wnętrze współczesnego Wawrzyńca. Dziś mieliście okazję zobaczyć jak wyglądał, gdy nasze wspólne życie dopiero się zaczynało. I chociaż o wiele bardziej kochamy jego obecną wersję, to dziś padło bardzo ważne zdanie a propos tej pierwotnej. „Coś w sobie miał”.

Oj tak. Miał w sobie bardzo wiele. Miejsce do spania, w którym mieliśmy się budzić codzień z nowym widokiem. Okna, z których miała nas podglądać zieleń lasów i błękit mórz. Stół, przy którym mieliśmy razem siadać z kubkiem kawy lub kieliszkiem wina, rozkładać na nim mapę i planować, gdzie tym razem poniesie nas los.

Pierwszy raz przy tym stole usiedliśmy dokładnie dwa lata temu. 17 czerwca 2018 roku Paweł, jego poprzedni właściciel przekazał nam klucze, życząc wspaniałych przygód.

Pierwszej rocznicy tego wydarzenia nie było nam dane świętować. Rok temu o tej porze Wawrzyniec stał samotnie w węgierskim warsztacie, a my tęskniliśmy za nim w zaaranżowanym na mieszkanie garażu.
Dlatego dzisiejszy dzień jest dla nas szczególny. Specjalnie na tę okazję od kilku miesięcy trzymaliśmy wino, które dostaliśmy w prezencie od naszych przyjaciół. „Saint Laurent” oznacza nie co innego jak „Święty Wawrzyniec” .
To jego wino. Jego dzień. Jego święto.
Rocznica chwili, w której stał się naszym Wawrzyńcem.

Dziękujemy Pawłowi, za to, że odwiedził nas dzisiaj w tym szczególnym dniu. I za to, że dwa lata temu przekazał w nasze ręce ten niezwykły powód do świętowania.

Dziękujemy Wawrzyńcowi za dwa najbardziej szalone lata naszego życia. Za wszystko, co dzięki niemu mogliśmy zobaczyć. Za każdy poranek, gdy budził nas ptasi trel lub szum fal. Za to, że mimo sędziwego jak na auto wieku, wyszedł z każdej opresji. Że wrócił do nas z każdego warsztatu, silniejszy i gotowy do dalszej drogi.

Za każde spełnione marzenie.
Twoje zdrowie, Wawrzynku. 🧡

Przed remontem.

Ostatnio pokazywaliśmy Wam jak mieszkamy.

Dziś pomyśleliśmy, że chcielibyście zobaczyć jak to było „przed”. W jakim Wawrzyńcu mieszkaliśmy przez pierwszy rok naszej wspólnej przygody i w jakim wychowały się nasze kocięta. Zdjęcia ze względu na nieco gorszy sprzęt są czasem kiepskiej jakości, a na niektórych możecie zastać bałagan. Robiąc je, nigdy nie sądziliśmy, że będziemy je komuś pokazywać, więc pokazują nasze życie w Wawrzyńcu bez retuszu. Bo prawdziwe życie, czy to w przestronnym domu, w mieszkaniu, czy w samochodzie to nierzadko jeden wielki rozgardiasz. Niedoprasowana firanka i koci włos w pościeli. Sterta ubrań tam, gdzie nie powinno jej być, czy walający się bez ładu kubek po kawie.
Ale gdy tę poranną kawę zrobił Ci ktoś, kto Cię kocha, gdy zza tej firanki wystaje plaża nad Morzem Czarnym, a te kocie włosy to wszystko wina tego, że uratowałeś komuś życie.. to życie właśnie nabiera sensu.

Do zwiedzania „starego” Wawrzyńca ze swojego dzieciństwa (kociństwa? 😉) zapraszają Was malutcy Stefan i Staś. 🧡