Jak to się zaczęło?

W maju 2019 wyruszyliśmy po raz pierwszy. Wtedy jeszcze we troje, czyli Miłosz, Daria i pies Dudu. Pełni zapału, nadzieji i pozbawieni jakiegokolwiek zdrowego rozsądku wyruszyliśmy z podpoznańskiego Swarzędza, na podbój naszej krainy marzeń.

2 maja 2019. Wyjeżdżamy ze swarzędzkich bloków.

Jako pierwsza zatrzymała nas awaria wstecznego. Jechaliśmy do znajomych na działkę. Nawigacja z głównej trasy kazała nam zboczyć w wąską, leśną ścieżkę. Do celu pozostało nie więcej jak 20 km, więc zaryzykowaliśmy. Zeszłoroczna wiosna obfitowała w ataki wichur i burz. Za kolejnym zakrętem zrobiło się już tak wąsko, że nasz bus ledwie mógł przejechać. Ostatecznie zawracać kazało nam zwalone na drogę drzewo.

Jednak zawracać nie było jak. Wsteczny kategorycznie odmówił współpracy. Bijąca w twarze ulewa i podmokłe podłoże zniechęcały do dalszych desperackich prób ratowania się z tej pułapki (z pchaniem prawie 3-tonowego auta włącznie). Pół biedy, że jechaliśmy akurat do znajomych na grilla. Bus pełen był piwa, pieczywa i świeżych warzyw.

Nad ranem Miłosz złapał za siekierę i przerąbał blokujące nas drzewo. Ponieważ wciąż mogliśmy jechać tylko do przodu, doturlaliśmy się do najbliższej polany, tuż nad rzeką. Teren był śliski i grząski, a nasze auto, standardowo, niezbyt sterowne. W kryzysowym punkcie nawracania, w butach do wysokogórskiej wspinaczki, Miłosz jakimś cudem zdołał je popchnąć, tak, że zatoczyło pełne koło. Byliśmy ocaleni.
Przynajmniej na jakiś czas.

Droga przed nami była piękna i wyboista.
3 maja przypadały akurat adopcinki psa Dudu. ❤

Pierwsza mikrowyprawa – festiwal przyjaźni.

Jak już wspominaliśmy, nasze pierwsze lato z busem nie zapowiadało wielkich wypraw. Ograniczone możliwości urlopowe zmusiły nas do priorytetyzacji kierunków i planów. Ranking wygrała Brazylia, która pochłonęła ponad 3 tygodnie wolnego od pracy za biurkiem.

Żadne z nas nie było wtedy jeszcze freelancerem. Nie mieliśmy też perspektyw na pracę zdalną, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Co nie oznacza, że nie próbowaliśmy jej znaleźć.

Pierwszy weekend lipca 2018. Jedziemy na Boski Fest. Gdybym miała w dwóch słowach streścić Wam, czym jest ta impreza, powiedziałabym, że to Festiwal Przyjaźni. Przyjaźni międzyludzkiej, międzypokoleniowej i międzygatunkowej. Można przyjechać z dzieckiem, można z psem, z kotem zapewne też, chociaż wtedy jeszcze ten problem nas nie dotyczył. Można pod namiot, do drewnianego domku albo kamperem. Boski Fest to kilka dni w rodzinnej atmosferze, gdzie zapomina się, że obcy ludzie są faktycznie obcy. Mimo tego, jak bardzo są różni i z jak różnych przyczyn tam przybywają. Bo jedni bardziej dla muzyki, drudzy na warsztaty z szeroko pojętej sztuki. Jeszcze inni na panele dyskusyjne, jogę, zabawy rękodziełem, pływanie kajakiem lub po prostu – pobyć razem.

Chcieliśmy pobyć i my. Te ostatnie dni lata przed wylotem Miłosza miały być wyjątkowe. Dać nam siłę na najbliższe tygodnie. My dwoje, pies Dudu i nasz mobilny domek.

Kilka dni przed wyjazdem dzwoni mój telefon. Głos w słuchawce informuje, że kontaktuje się w sprawie pracy, o którą się ubiegam. Pracy w 100% zdalnej. Oczy śmieją mi się na samą myśl, że to mogłoby się udać. Umawiam się na rozmowę. Dokładnie w drodze na Boski, zatrzymujemy się na stacji benzynowej, bym mogła swobodnie ją odbyć. Stresuję się, jakby od tego zależało całe moje życie. Po wszystkim mówię, że poszło chyba nieźle. Jak zwykle mam problem z oceną własnych wyników. Pozostaje czekać.

Na Boski docieramy w piątkowy wieczór. Parkujemy obok innego kampera, na oko w podobnym wieku co nasz. Na powitanie od razu wychodzą nam sąsiedzi. Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, jak vanlife łączy ludzi. Sąsiedzi są z Krakowa. Ponieważ nie mamy jeszcze działającej instalacji gazowej, proponują nam gorącą kawę. Odwdzięczamy się, tym co mamy najlepsze:

„Na szczęście” podczas brazylijskiej wyprawy, podarowałam mojemu ukochanemu taki oto trunek. 🙂

Z Poznania pod Bydgoszcz, gdzie odbywa się festiwal jest około 140 kilometrów. Pierwszy raz jedziemy z Dudu kamperem. Świadomi jego choroby lokomocyjnej bacznie obserwujemy każdy grymas mordki. Na miejsce docieramy bez przykrych doświadczeń. Choć psiak z początku obawia się tego, jak w busie wszystko skrzypi i trzeszczy, powoli się przyzwyczaja. U celu radośnie wyskakuje z busa, zataczając honorową rundkę po polu namiotowym. Siedzący wokół namiotów ludzie głaszczą go i ochoczo częstują całą gamą pyszności. Pies Dudu jest zdecydowanie w swoim żywiole.

Kolejne grupki starych znajomych odwiedzają nasz obóz. Przychodzą zobaczyć busa, gratulują, pytają o dalsze plany. Nie wiemy, co odpowiadać. Poza samym busem nie mamy wówczas jeszcze nic. Pomysłu na życie w podróży, obranego kierunku, a przede wszystkim możliwości, by będąc w trasie cały czas zarabiać na swoje utrzymanie. Odpowiadamy więc pokrętnie. Że czekamy na znak. Że może kiedyś. Że marzy nam się, ale…

Staramy się jednak nie zamartwiać. Łapczywie chłoniemy te pierwsze dni w naszym mobilnym domku. Pierwsze śniadanie „przed domem”, pierwsza impreza „na ganku”, pierwsza noc „nie pod blokiem”. Jest jakaś niesamowita magia w robieniu rzeczy po raz pierwszy. Szczególnie, gdy się o nich śniło przez całkiem spory kawałek życia.

Zwykła kanapeczka jedzona z busem tle, od razu smakuje inaczej.

Nim zacznie się nowy tydzień wracamy do Poznania. Naładowani pozytywną energią. Niemożebnie szczęśliwi. Ten entuzjazm starczy nam jeszcze na jakiś czas, jednak prędzej czy później zacznie się kurczyć. Kilka dni po wylocie Miłosza otwieram maila z wynikiem rekrutacji. Nie dostaję pracy zdalnej. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej niż tamtego dnia z większą frustracją „odbijałam się” kartą przy wejściu na korporacyjny open-space. Wieczorami, w ramach rutynowego marnowania czasu przeglądam van-life’owe blogi. Z instagrama spoglądają na mnie współcześni hipisi na tle pastelowych T-trójek. W dłoniach trzymają gitary, miseczki z wegańską kaszą bulgur albo tykwy z yerba mate. Łykam ten instagramowy banał całą sobą i czuję się tylko gorzej. Na żadnym zdjęciu nie odnajduję jeszcze nas. Choć pod naszym blokiem stoi bus, my nadal nie jesteśmy wolni.

Follow my blog with Bloglovin

Łabędź na śniadanie.

To co nas dziś obudziło to nie był śpiew ptaków. Nie był to śpiew w ogóle, raczej rozpaczliwe łkanie przy oknie, błagające, by wypuścić je na zewnątrz. Trudno się dziwić, skoro kot Stanislav jeszcze nigdy w swoim życiu nie widział.. łabędzia.
My za to po raz pierwszy mieliśmy przyjemność z tymi pięknymi stworzeniami zjeść sobotnie śniadanie. 🦢

Mały obserwator odwraca uwagę pod pokiereszowanej szyby która czeka by ją wymienić.
Kocia ekipa na ganku.
Tu dziś mieszkamy.
Nasz poranny gość.

Zima już nie przyjdzie.

Taką przynajmniej mamy nadzieję. Po czterech długich miesiącach samotnego zimowania na strzeżonym parkingu, Wawrzyniec przyjechał wczoraj pod nasz blog. Cały dzień spoglądam na niego przez okno i macham mu przez szybę. Nie twierdzę, że to zdrowe. Ale sprawia mi przyjemność. Przy okazji to dość zabawne pić kawę w jednym domu z widokiem na drugi.

Wawrzyniec jednak nie po to opuścił parking by teraz wystawać pod blokiem niczym pozbawiona ambicji młodzież w latach 90’tych. Choć na marginesie, tamta młodzież to mniej więcej jego rówieśnicy. Przyjechał do nas, byśmy swobodnie mogli przygotować się do naszej pierwszej w tym roku wyprawy – weekendu w Gryfinie, na Festiwalu podróżniczym Włóczykij.

Nasze osiedle w budowie. Dokładnie jak nasz nowy (stary?) etap życia.